Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

15.07.2014
wtorek

EKOŚCIEMA 2.0

15 lipca 2014, wtorek,

ekościemaWielkie pieniądze, quasi-religia i nierzetelni naukowcy to bardzo szkodliwa mieszanka. Do jej sporządzenia niestety znów przyłożyli rękę polscy akademicy.

Zanim przejdę do sedna tej blognotki, zacznę od tego, że dokładnie rok temu ukazał się w POLITYCE mój tekst pt. „Ekościema, czyli mity zdrowej żywności”. Przyjrzałem się w nim krytycznie tzw. rolnictwu ekologicznemu (w krajach anglojęzycznych adekwatniej nazywanemu „organicznym”). W telegraficznym skrócie: z rolnictwem tym jest spory kłopot, gdyż zamiast szukać skutecznych rozwiązań zmniejszających destrukcyjny wpływ rolnictwa na dziką przyrodę (a rolnictwo – wbrew obiegowym wyobrażeniom – jest jednym z największych niszczycieli środowiska naturalnego), sprzedaje konsumentom mitologię. Przede wszystkim, że jego produkty są zdrowsze, a ono samo bardziej przyjazne dla środowiska.

Agresja jest jedną z najczęstszych reakcji ludzi wierzących w jakąś ideologię w odpowiedzi na racjonalne argumenty podważające ową wiarę. Dlatego po moim tekście zawrzało, a co poniektórzy domagali się wręcz „wyrwania superchwasta” z redakcji POLITYKI. Świetnie tę emocjonalną dyskusję podsumował autor bloga „Z każdej strony”.

Ale nie o tym chcę tu przede wszystkim pisać. Otóż przez rok, który upłynął od czasu wydrukowania „Ekościemy”, ukazało się kilka istotnych publikacji dotyczących rolnictwa ekologicznego. Zacznę od drobiazgu. Artykuł francuskich naukowców pokazuje, jaki wpływ na uprawy ekologiczne mają nawozy sztuczne (których ekorolnikom nie wolno stosować) z sąsiednich upraw konwencjonalnych. Otóż na przebadanych w ciągu 2 lat 63 ekofarmach przepływ azotu, fosforu i potasu wyniósł odpowiednio 23 proc., 73 proc. i 53 proc. To oczywiście tylko jedna publikacja i potrzeba więcej badań, by jej wyniki potwierdzić, ale dotyka istotnego i pomijanego zagadnienia. Może bowiem się okazać, że wydajność rolnictwa ekologicznego bez wsparcia konwencjonalnego jest niższa niż owa średnia 20-25 proc. wynikająca z dotychczasowych analiz, niebiorących pod uwagę tego czynnika.

Drugą publikację przygotowali m.in. dwaj cenieni przeze mnie naukowcy, prof. Bruce M. Chassy i dr David Tribe. To oni kilka lat temu bardzo pięknie, akapit po akapicie, rozprawili się z książką hochsztaplera Jeffrey’a Smitha pt. „Genetyczna ruletka”. Teraz przeanalizowali 100 publikacji na temat rynku produktów ekologicznych, który na świecie osiągnął wartość 63 mld dol. (rynek tzw. „produktów naturalnych” tylko w USA wynosi zaś 290 mld dol.). Otóż cała strategia marketingowa producentów i sprzedawców ekoproduktów opiera się na rozbudzaniu za pomocą fałszywych informacji lęków konsumentów (GMO, pestycydy, chemia) oraz składaniu (również nieprawdziwych) obietnic o rzekomo zdrowszej i smaczniejszej ekożywności. Kwestie ochrony środowiska okazują się tu całkowicie drugoplanowe, ponieważ nie są tak ważne dla konsumentów. Co ciekawe, różne organizacje „społeczne” walczące z GMO i pestycydami oraz promujące ekorolnictwo dysponują budżetem rzędu 2,5 mld dol., a wśród ich największych sponsorów znajdują się firmy z branży eko (w USA to często wielkie koncerny żywnościowe).

Ale powyższa publikacja też nie będzie głównym bohaterem tej blognotki. Najwięcej miejsca chciałbym bowiem poświęcić artykułowi („Higher antioxidant and lower cadmium concentrations and lower incidence of pesticide residues in organically grown crops: a systematic literature review and meta-analyses„), który ukazał się właśnie na łamach czasopisma „British Journal of Nutrition” (tu jego omówienie w przystępniejszej formie). Wśród 18 autorów tej publikacji można znaleźć aż pięć polskich nazwisk. Niektóre świetnie mi znane, o czym jeszcze za chwilę więcej. Otóż w moim tekście sprzed roku przywoływałem m.in. dwie duże metaanalizy porównujące pod różnymi względami żywność eko i konwencjonalną: uczonych ze Stanford University, którzy wzięli pod lupę 237 publikacji (bo tylko tyle spełniało kryteria rzetelnych badań) oraz raport powstały na zlecenie rządowej brytyjskiej Food Standards Agency. Jego autorzy przeanalizowali 162 artykuły naukowe z ostatnich pięciu dekad, w których znalazło się ponad 3,5 tys. porównań różnych składników żywności eko i konwencjonalnej. Konkluzje obydwu tych prac były właściwie identyczne: z punktu widzenia zdrowia konsumenta nie ma znaczenia, czy żywność (mówimy tu o nieprzetworzonych produktach) jest eko, czy konwencjonalna.

Tymczasem najnowsza publikacja przynosi odmienne wnioski. Jej autorzy przeanalizowali 354 artykuły naukowe i na tej podstawie twierdzą że:
1) ekologiczne warzywa, owoce i zboża zawierają więcej przeciwutleniaczy
2) produkty organiczne zawierają mniej kadmu
3) w konwencjonalnych produktach jest więcej pozostałości pestycydów.

Kto zatem ma rację?

Czerwona lampka zapaliła mi się już na etapie lektury listy autorów publikacji (co oczywiście jeszcze niczego nie przesądzało, ale kazało podkręcić czułość detektora bzdetu). Znajduje się bowiem na niej dr hab. Ewa Rembiałkowska (prof. SGGW), jak również dr Charles Benbrook. Obydwoje są zagorzałymi propagatorami rolnictwa ekologicznego i wrogami GMO. Rembiałkowską znam bardzo dobrze (m.in. z dwóch debat telewizyjnych oraz publikacji). Dzięki temu wiem, że nie cofnie się przed wypowiedzeniem dowolnej pseudonaukowej bzdury (Seralini etc.), która miałaby świadczyć, iż „GMO jest złe”. Pół roku temu występowałem podczas jednej sesji z Rembiałkowską w ramach konferencji zorganizowanej na Wydziale Biologii UW (poświęconej GMO). Z niedowierzaniem patrzyłem na slajdy, na których co rusz powoływała się na Jeffrey’a Smitha.

Rembiałkowska (wraz ze swoimi podwładnymi) jest autorką m.in. kuriozalnej publikacji o wyższości dżemów ekologicznych nad konwencjonalnymi. Już we wprowadzeniu do artykułu autorki piszą nieprawdę: „Natomiast żywność ekologiczna produkowana jest według zasad najbardziej zbliżonych do naturalnych, bez (…) użycia chemicznych środków ochrony roślin”. Otóż w rolnictwie ekologicznym stosuje się chemiczne środki ochrony roślin i to nieraz bardziej toksyczne od syntetycznych pestycydów. Poza tym artykuł Rembiałkowskiej opiera się na kuglarstwie statystycznym. Dodam też, że manipuluje danymi wspomniany Charles Benbrook (a tu jeszcze więcej na ten temat).

Ale wróćmy do sedna artykułu z „British Journal of Nutrition”. Choć jest bardzo świeży, już zdążyli skomentować go brytyjscy eksperci. Oto co m.in. powiedzieli:
Prof. Richard Mithen, kierownik Food and Health Programme w Institute of Food Research (IFR):
– publikacja wskazuje na mniejszą zawartość w ekożywności błonnika, azotanów i białek, co może być cechą niepożądaną i czego, co ciekawe, autorzy pracy w ogóle nie zauważają
– nie ma żadnych dowodów, by wykazane różnice zawartości niektórych przeciwutleniaczy miały jakieś (złe lub dobre) konsekwencje z punktu widzenia zdrowia publicznego
– żeby poprawić zdrowie, powinniśmy namawiać ludzi do jedzenia większej ilości warzyw i owoców niezależnie od tego, czy są eko czy konwencjonalne.

Prof. Tom Sanders, kierownik Diabetes and Nutritional Sciences Division, School of Medicine, King’s College London:
– ta publikacja wprowadza w błąd, sugerując, że pewne przeciwutleniacze obecne w roślinach są kluczowymi składnikami odżywczymi, choć takowymi nie są
– związki fenolowe obecne w roślinach mają zarówno właściwości toksyczne, jak i potencjalnie prozdrowotne
– równie błędne jest sugerowanie przez autorów publikacji, że większa konsumpcja pewnych przeciwutleniaczy jest dobra dla zdrowia ze względu na profilaktykę przeciwnowotworową
– polifenole mogą zmniejszać przyswajalność żelaza i cynku
– mniejsza zawartość azotanów i azotynów w zbożach, owocach oraz warzywach eko wcale nie oznacza, że są zdrowsze; może być wręcz przeciwnie (azotany, jak sugerują najnowsze badania, obniżają ciśnienie krwi)
– poziom kadmu jest wyższy tylko w konwencjonalnych produktach zbożowych, ale nie w owocach i warzywach; poza tym jego zwiększona zawartość nie ma nic wspólnego ze sposobem uprawy roślin, ale warunkami naturalnymi (gleba)
– „te badania nie zmieniły mojej opinii, że nie istnieją jakiekolwiek istotne różnice z punktu widzenia zawartości substancji odżywczych pomiędzy roślinami eko i konwencjonalnymi”.

dr Alan Dangour, wykładowca Food and Nutrition for Global Health w London School of Hygiene & Tropical Medicine:
– do swojej analizy autorzy włączyli badania o różnej jakości; sami przyznają, że rodzi to obawy co do rzetelności uzyskanych wyników
– autorzy publikacji niepokojąco przeceniają znaczenie dla zdrowia ludzi rezultatów ich publikacji; nie mamy bowiem dowodów, by większa konsumpcja substancji, na których skupiają uwagę, była istotna z punktu widzenia zdrowia publicznego.

Podsumowanie:
– publikacja dostarcza niewielu danych świadczących o większej zawartości NIEKTÓRYCH przeciwutleniaczy w produktach ekologicznych i mniejszej kadmu
– autorzy nie znaleźli dowodów, by pod względem zawartości innych przeciwutleniaczy produkty eko i konwencjonalne się różniły
– artykuł nie dowodzi, by ekożywność zawierała więcej przeciwutleniaczy
– pokazuje za to, że w ekożywności może być mniej błonnika i protein, za to więcej węglowodanów, ale różnice te są niewielkie

(Pełna lista zarzutów tutaj, a tutaj bardzo dobre omówienie). Ja zaś dodam od siebie, że autorzy artykułu zajmują się kadmem, ale inny metal ciężki – miedź – ich nie interesuje. Tymczasem jest ona powszechnie używana w rolnictwie eko jako środek grzybobójczy, np. w tej postaci. O problemie metali ciężkich w rolnictwie eko więcej tutaj.

Druga sprawa: podkreślanie przez autorów publikacji, że w roślinach z produkcji eko rzadziej wykrywane są ŚLADOWE ILOŚCI pestycydów nie dziwi, skoro się w tego typu uprawach ich nie stosuje (poza 26 pestycydami dopuszczonymi w ekorolnictwie w Europie, w Polsce ich lista zawiera 23 pozycje). Tyle tylko, że te śladowe ilości nie są groźne dla zdrowia konsumentów, a żywność w UE pod tym względem jest całkowicie bezpieczna.

Ostatnia kwestia: wczoraj dostałem e-mail od pewnej agencji PR z załączoną „informacją prasową” na temat publikacji w „British Journal of Nutrition”. Oto jej fragment:
„Systematyczny przegląd literatury i metaanaliza wykonane przez międzynarodowy zespół ekspertów prowadzony przez Uniwersytet Newcastle wykazał, że zawartość wielu kluczowych antyoksydantów w pochodzących z upraw ekologicznych surowcach i opartych na nich produktach, jest nawet o 60 proc. wyższa niż w konwencjonalnie uprawianych roślinach. Analiza 343 różnych badań dotyczących składu surowców ekologicznych i konwencjonalnych wskazuje, że przestawienie się na jedzenie ekologicznych owoców, warzyw i zbóż – i produktów z nich wykonanych – zapewni organizmowi dodatkowe przeciwutleniacze równoważne konsumpcji 1-2 porcji owoców i warzyw dziennie więcej. Badanie (…) pokazuje również znacznie niższy poziom toksycznych metali ciężkich w surowcach ekologicznych. Poziom kadmu, który jest obok ołowiu i rtęci jednym z trzech metali ciężkich zanieczyszczających żywność (…) okazał się prawie o 50 proc. niższy w surowcach ekologicznych niż konwencjonalnych”.

Niestety, nie mam raczej wątpliwości, co przebije się do mediów… Tak więc po raz kolejny nauka wystąpiła w służbie ideologii. Szkoda tylko, że z polskim akcentem i za unijne pieniądze przeznaczone na jej rozwój…

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 78

Dodaj komentarz »
  1. a ja jednak wole pomidory z ogródka zamiast tych z upraw przemysłowych. jestem pewien że te drugie nie są szkodliwe, ale nie maja też smaku ani zapachu.

  2. jestem pewien że te drugie nie są szkodliwe, ale nie maja też smaku ani zapachu.

    ========

    Ja zaś jestem przekonany, że – pomijając jakieś skrajne sytuacje, typu „hydroponiczny pomidor, dojrzewający w etylenowej ładowni statku podczas podróży z Chin” – w teście ślepej próby nie odróżniłby Pan smaku „pomidora z ogródka” od „pomidora z farmy pomidorów”.

  3. „rynku produktów ekologicznych, który na świecie osiągnął wartość 63 mld dol. (rynek tzw. „produktów naturalnych” tylko w USA wynosi zaś 290 mld dol.).” nie rozumiem, ale artykuł ciekawy

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Nie chodzi o pomidora z ogrodka ale o eko-biznes i robienie wody z mozgu!

  6. Zgadzam się z opinią poprzednika, warzywa uprawiane bez chemii mają smak i zapach w odróżnieniu od warzyw pochodzących z upraw przemysłowych … Zastanawia mnie natomiast fakt, skoro warzywa z upraw przemysłowych zdaniem autora nie mają wpływu na zdrowie, to dlaczego w krajach wysoko uprzemysłowionych gdzie spożywa się głównie żywność wysoko przetworzoną oraz warzywa z upraw przemysłowych wzrasta zachorowalność m.in na nowotwory, alergie itp.. w stosunku do krajów, gdzie spożywa się głównie żywność bezpośrednio ze swoich upraw i właściwie nieprzetworzoną….

  7. NNN Czy tu umiesz czytać? Piszesz o spozyciu żwyności wysokoprzetworzonej autor zaznacza, że warzywa przemysłowe nie są gorsze pod względem zdrowotnym niż eko. Dwa jak ma zdrowie do smaku nijak, jak tu niektórzy piszą, że wolą z działki bo smaczniejszy. Możesz mieć smacznego i niesmacznego pomidora, a obydwa mają tyle samo potasu. Tak też wolę z działki bo ma więcej smaku, ale teza jest, że od sklepowych nie umrzesz jak to próbująć wmówić eko-ściemniacze

  8. @ Otis
    problem w tym, że ta skrajność staje się normą. nie jestem fanem żywności organicznej, czy jak to się zwie, ale coraz częściej dostajemy coś co „nie jest szkodliwe”. sól drogowa nie jest szkodliwa, szynka z kurczaka z 45% zawartością wody nie jest szkodliwa, 25-letnie mięso z puszek też w nie jest. dowiadujemy się, że azotyny i azotany w zasadzie to są nawet zdrowe. pewnie antybiotyki i hormony też. miedz za to może być groźniejsza od kadmu (oczywiście, że może, ale zasadniczo kadm w przeciwieństwie do miedzi nie jest usuwany z organizmu i się kumuluje). itp. itd.

  9. Różnice smaku owoców i warzyw z uprawy „tradycyjnej” (czyli jak się dziś idiotycznie mówi „ekologicznej) i „przemysłowej” (najczęściej na korzyść tej pierwszej), wynikają nie bezpośrednio ze sposobu uprawy, stosowania lub nie środków ochrony itp, lecz przede wszystkim z tego, że w uprawie „przemysłowej” stosuje się przystosowane do niej odmiany stworzone metodą selekcji (to też GMO, jak praktycznie wszystko co spożywamy). Ta selekcja występowała z reguły pod kątem cech ułatwiających maszynową pielęgnację i zbiór, a także dających atrakcyjność wizualną (rozmiar, kolor – przyciągający klienta), a w najmniejszym stopniu smak. Dlatego dzisiejsze pomidory i jabłka z bazaru wyglądają lepiej a smakują gorzej niż te z ogródka dziadka. I nie ma z tym nic wspólnego żadna ekologia.

  10. @Autor
    Kolejny przykład jak ściema, ideologia, pseudonauka zwycięża. Ciekawe czy na ten temat powstanie podobna książka jak „Merchants of Doubt”. Bo myślę ze mechanizm kształtowania opinii społecznej jest podobny….

  11. wyrywkowo…
    http://www.theguardian.com/science/2006/jul/08/badscience.food
    http://www.theguardian.com/science/2005/mar/03/badscience
    Anyone who is anyone in the world of health looks forward to the summer meeting of Nutrition Society, where learned guests will discuss the link between carbohydrates and health, and how food choices aid or retard the body beautiful. But fewer than you might expect will make the trip this year to Glasgow University, thanks to the society’s decision to take sponsorship for the event from sweet-toothed multinational PepsiCo. All most unfair, the company tells us. We’re not just about fizzy drinks. We also make wholesome stuff like porridge. Which may assuage some fears. But add to that a second sponsor, Sugar Nutrition UK, a research body funded by the sugar makers and previously known as the Sugar Bureau. It says it contextualises the role of sugar in a healthy diet.

  12. @niewiem
    Autorom chodzi o wszystkie produkty odwołujące się do hasła „naturalne”, więc wszelakie suplementy diety etc.

  13. „nierzetelna nauka”- niebezpieczna zbitka. To nie nauka jest nierzetelna, a naukowcy nierzetelnie podchodzą do uprawiania nauki. Niebezpieczna, bo przedstawiciele danej nauki zbierają cięgi za twórców hoaxów, mimo, że z ich podejściem nie mają nic wspólnego.

    @Zbigniew Heyda
    „I nie ma z tym nic wspólnego żadna ekologia.”
    I z tym się zgadzam.

  14. @nnnn
    Zachorowalność na tzw choroby cywilizacyjne ma związek ze spożywaniem np. dużej ilości tłuszczów i węglowodorów – spożywamy ich tyle o ile krzyczał organizm już w czasach prehistorycznych, a wykorzystujemy mniej – dlatego białe pieczywo tak pożądane w dawnych czasach, bo kaloryczne, łatwo się wchłania obecnie jest w odwrocie, z tych samych powodów.

    Drugi powód, to długość życia, przy każdym podziale komórek może dojść do mutacji, człowiek do wieku średniego (ok 50) procesy odbudowy i kontroli ma na tyle dobre, że jest to niwelowane, później procesy destrukcji biorą górę (tak w dużym uproszczeniu). Człowiek po prostu nie ma ciała przygotowanego do efektywnego życia po 50.

    Trzeci powód – medycyna, medycyna od dawna ratuje ludzi, którzy w warunkach pierwotnych, czy nawet tych z przełomu XVIII/XIX wieku nie przeżyli by i nie rozmnożyli, mutacje więc się nakładają i im większy zbiór ludzi tym łatwiej o problemy.

    Oczywiście, nie wszystkie i tak w uproszeczeniu to podaje, ale to są w zasadzie główne powody.

  15. To jest straszne z jaka doza jadu pisze sie po polsku tego typu artykuly, tego sie nie da czytac

  16. @ mandeldani – prezentujesz religijne podejście do tematu. W coś tam sobie wierzysz i kiedy nie natykasz się na spodziewane poparcie/potwierdenia wierzeń, reagujesz obrazą. Masz jeszcze szansę na nawrócenie się na stronę rozumu. Odrzuć zabobony, pozbądź się ignorancji i wróc pogadać.

  17. @ping
    Słuszna uwaga, zmieniłem.

  18. do tego pismak bez wiedzy i wyobraźni ,ludzie uczą sie latami lub doświadczają choroby i widać gość musi to przejść i albo zdechnie albo przeprosi NATURĘ , po co w ogóle jeść ekologicznie ,sru do Mc czy KFC itp. i żreć pysznie ile się chce ,ale juz był gość który jadł sałatki ,bułki ,frytki prze misiac i prawie się przekręcił – tu pismaku masz jak na dłoni najlepsze badania :
    http://www.youtube.com/watch?v=xcFcaHbxak8

    pieprzenie ,że marchewka,jabłko,pomidor sypany chemią nie jest groźny w porównaniu do tego bez chemii na swoim ogrodzie to nawet nie jest głupie,tylko psychiczne.
    Znajdź kulturystę ,który nie łyka chemii ( 100% a nawet 110% 😉 łyka) i jakie maja serca,prawie zawsze maja problemy z płodnością ,nerkami ,wątrobą , oni wala chemię w ciało tak samo jak rośliny wciagają chemię tą którą człowiek je poczęstuje .

    wywalam z zainteresowań takie gazety ,jeżeli tego typu ludzie tam pracują ,żegnam

  19. @Pablo
    Zawsze przychodzi taki moment, w którym musi się pojawić „YouTube Journal of Nutrition”. I to był właśnie ten moment 😉 Tyle w ramach komentarza.
    PS. A propos podlinkowanego znanego filmu „Super Size Me”, to polecam: http://skeptoid.com/episodes/4088 Choć nie sądzę, by mogło to w jakikolwiek sposób zmienić wyznawaną Pani/Pana ideologię. Bo jeśli fakty jej przeczą, to tym gorzej dla faktów.

  20. jestem tylko prostym ogrodnikiem więc po pierwsze całkowicie zgodzę się z p. Zbigniewem Heydą w sprawie odmian- inne uprawiamy na skalę przemysłową a inne w ogródku.I jeszcze dorzucę, że np.zapach , który tak cenimy jako konsumenci jest dla rolnika-producenta problemem, bo przyciąga szkodniki- tak to wymyśliła przyroda,że kusi także zapachem.Dlatego z sadów zniknęły odmiany pachnące ale nieodporne na choroby i szkodniki(co więcej niektóre geny braku odporności/podatności na choroby przenoszone są parami np. wraz z genami zapachu-więc wystarczy je wyeliminować i pozbyć się np.parchu jabłoni…i zapachu) . Po drugie uczono mnie ,że zastosowanie każdego środka ochrony roślin wiąże się z okresem karencji i ścisłym przestrzeganiem dawek-skoro tak to chyba całkiem bezpieczna ta chemia nie jest.To tak jak z Roentgenem i Usg-kij ma dwa końce.Bez chemii trudno wyprodukować żywność wolną od chorób roślin(które są też szkodliwe dla ludzi) i osiągnąć opłacalną wielkość i jakość plonu(ekonomia). I dalej tym tropem-kilka pomidorów w ogródku można z umiarkowanym sukcesem(skuteczność niższa od środków chemicznych) opryskiwać wyciągiem czosnkowym czy gnojowicą z pokrzyw i zbierać różne szkodniki ręcznie, ale na skalę masową to niewykonalne, bo nieopłacalne i niepewne a coś jeść trzeba. Na pewno są negatywne skutki produkcji masowej,nawet poddanej rygorom kontroli.Jest nadzieja- dopuszczalne normy zawartości różnych szkodliwych substancji zaostrzyły się od początku wprowadzenia chemii do upraw.To co kiedyś było normą dziś jest dawką szkodliwą, po drugie bada się zdecydowanie więcej tych substancji niż niegdyś i to chyba dobry sygnał…w zasadzie początkowo, w ogóle nie myślano, że cudownie proste i skuteczne w stosowaniu środki mogą być dla ludzi szkodliwe(!) Współcześnie raczej chodzi o stosowanie chemii w coraz mniejszych , bezpieczniejszych dawkach(minimalna skuteczna) i coraz bardziej opartej o naturalne procesy obronne roślin oraz uprawy w oparciu o tak zwaną „równowagę biologiczną”…i to jest chyba dobra droga . Jest to mało efektowne i żmudne badawczo, mało nadaje się na artykuł…słowem strumień wątpliwości, prób i błędów.. , stąd postawa pozornie porządkująca temat :religijne zacietrzewienie ..niestety po obu stronach barykady:)

  21. Warzywa i owoce z hodowli ekologicznych to teraz wielki rynkowy hit na Zachodzie Europy ,nikt nie powstrzyma tego trendu bo wszyscy chca być zdrowsi i miec wpływ na swoje życie a świadomosc zagrozeń rosnie , żywnosc jednak to tylko jeden z elementów układanki prozdrowotnych zachowań , sport ,unikanie stresu ,hałasu , spalin , wypadków samochodowych i tych zwiazanych z uprawianiem modnych sportów ekstremalnych i oczywiscie uzywki alkohol , i narkotyki bedoce obecnie w powszechnym uzyciu pod nazwa dopalaczy , koń by się usmiał widząc osobę kupujacą cieniutkie marcheweczki z dziadkowych upraw a wieczorem pijacą litrami wino i piwo oraz palącego ”nieszkodliwą ‚ marihuanę ha ha ha ha

  22. @ogrodnik
    Bardzo trafny komentarz. W pełni się zgadzam. Przyszłość to rolnictwo zrównoważone wykorzystujące osiągnięcia nauki.

  23. Jest Pan niewiarygodnym dyletantem, a w pana tekstach poprzednich i obecnych jest wyczuwalna agresywna wrogość i złość do wszystkiego co nawiązuje do ekologii. Powołuje się Pan na naukowców opłacanych przez wielkie koncerny, których oczywistym celem jest podważanie wszystkiego co ekologiczne a tym samym naturalne, więc zdrowe. Nikt mi nie wmówi, nawet jeśli będzie to według Pana „prawdziwy” naukowiec z wieloma tytułami, że dosypywanie chemii do naszej żywności to jedyna droga do ocalenia ludzkości. Analogicznie możemy się spierać na temat globalnego ocieplenia, czy produktów GMO, wielu naukowców jest zdania, że jest to mit podsycany przez ekologów .:-) Sądzę, że na pewno znajdzie Pan zwolenników swoich teorii wśród ludzi takich jak: JKM i jego cały zwariowany elektorat. BD.

  24. (Pełna lista zarzutów tutaj). Ja zaś dodam od siebie, że autorzy artykułu zajmują się kadmem, ale inny metal ciężki – miedź – ich nie interesuje
    „„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„`
    Szanowny panie dziennikarzu,

    Zwiazki kadmu sa duzo bardziej toksyczne nizli zwiazki miedzi.
    Istotna jest nie tylko calkowita zawartosc danego metalu, ale
    tez jego chemiczna „specjacja”…

    P.S. Czy uslyszymy jeszcze cos ciekawego na temat „GMO”?

  25. Ja zaś jestem przekonany, że – pomijając jakieś skrajne sytuacje, typu “hydroponiczny pomidor, dojrzewający w etylenowej ładowni statku podczas podróży z Chin” – w teście ślepej próby nie odróżniłby Pan smaku “pomidora z ogródka” od “pomidora z farmy pomidorów”.
    ———————————————————————————

    Probowalem… i odroznialem.

    P.S. Istnieja rozne odmiany pomidorow
    (i ich smak i konsystencja potrafia
    roznic sie dosyc wyraznie).

  26. Tak też wolę z działki bo ma więcej smaku, ale teza jest, że od sklepowych nie umrzesz jak to próbująć wmówić eko-ściemniacze
    „„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„
    Czy „chmura” moze przytoczyc konkretny (tego typu) tekst i podac zrodlo?

  27. Przyszłość to rolnictwo zrównoważone wykorzystujące osiągnięcia nauki.
    „„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„„`
    Czy moze pan wyjasnic, co panskim zdaniem znaczy „zrownowazone” ?

  28. Trudno się nie zgodzić z dużą częścią tego artykułu choć może nie koniecznie z ogólną wymową. Ze względu na postęp w rolnictwie oraz ograniczenie stosowania nawozów i środków ochrony roślin żywność konwencjonalna jest w tej chwili znacznie bardziej bliższa żywności ekologicznej. I spora zasługa w tym świadomości konsumentów, choć może niekoniecznie tych z Polski, ale raczej z europy zachodniej i tej paskudnej biurokratycznej Unii Europejskiej :). Miło że przynajmniej kilka osób np. ogrodnik albo Zbigniew Heyda orientują się w temacie bo smutno czytać głupoty w niektórych komentarzach. Warto pamiętać że oprócz żywności ekologicznej i „konwencjonalnej” istnieje coś pośrodku – żywność pochodząca z integrowanej produkcji, przy której używa się zarówno biologicznych metod ochrony roślin jak i syntetycznych środków, dbając jednocześnie o ograniczenie negatywnego wpływu rolnictwa na środowisko, a jednocześnie o otrzymanie dużego plonu wysokiej jakości.

  29. @mixxer
    Inaczej rolnictwo integrowane: „sposób gospodarowania, który umożliwia realizację celów ekonomicznych i ekologicznych poprzez świadome wykorzystanie nowoczesnych technik wytwarzania, systematyczne usprawnianie zarządzania oraz wdrażanie różnych form postępu biologicznego w sposób sprzyjający realizacji tych celów”

  30. @mixxer
    Szanowny panie bądź pani,
    a ja gdzieś napisałem, że związki miedzi są bardziej/tak samo/mniej toksyczna od związków kadmu?

  31. Smak owocow i warzyw, oraz zapach i wyglad najczesciej zaleza od gatunku. Jablka czerwone smakuja inaczej niz zielone. Pomidory z Holandii nie maja smaku, bo po prostu sa takie gatunkowo, trafiaja do sklepu z chlodni i najczesciej niedojrzale. Postawi sie je na sloncu, i po 2 dniach smakuja o wiele lepiej, beda miekkie i slodsze. Sa pomidory hodowane w szklarniach masowo, ale sa wielkie, nazywaja sie ‚beef tomatoes’, po polezeniu na parapecie na sloncu smakuja jak te u babci w ogrodku. To samo z ziemniakami. Polskie ziemniaki do niedawna, byly ziemniakami pastewnymi i jakie byly dobre. Teraz mamy setki gatunkow ziemniakow do roznych potraw, wszyscy mowia, ze juz tak nie smakuja jak kiedys, no i slusznie, bo sa inne gatunkowo.

  32. ryzyk-fizyk, pozwolę sobie pod bieżącym blogiem bo mnie się tematy łączą.
    Czytasz najbardziej chyba ideologicznych ekonomistów i tak się składa przeciwników liberalizmu, przeczących naturze człowieka albo przynajmniej jej nie biorących za czynnik decydujący w naszym ekonomicznym postępowaniu. Oni z tego żyją, z bycia wyrazistym i przeciw.
    Lepiej samemu myśleć, to nie jest aż tak trudna materia jak się pozornie wydaje.
    Przyczyną kryzysu było życie na kredyt, wszystkich, indywidualnie i zbiorowo, nie ma chyba co do tego sporu? To jak można dalsze zadłużanie uznać za remedium?
    Mamy doczynienia z olbrzymim rozwarstwieniem społecznym niespotykanym w historii najnowszej, nie ma co do tego wątpliwości, to mierzalne i chyba zgadzamy się że szkodliwe? Społecznie, ekonomicznie bez znaczenia ale o tym później, to może spowodować upadek liberalnej cywilizacji, też chyba poza sporem. Jakie lekarstwo widzisz? Bo ja tylko przywrócenie progresywnego podatku dochodowego, podatku spadkowego w odpowiednim wymiarze i innych spłaszczających różnice dochodowe, na tym się solidaryzm zasadza.
    Jak się mają do tego postulaty opodatkowania korporacji? Przecież to tylko sposób organizacji pracy, taki sam dobry jak spółdzielnia czy firma rodzinna, tyle że duża. Co robi korporacja z zarobionymi pieniędzmi? Albo wyda na pracowników albo zainwestuje, to inni pracownicy zainwestowane pieniądze zarobią, inwestowanie to wydawanie pieniędzy które idą do ludzi. Po co opodatkowywać korporacje które inwesując dają miejsca pracy? Jakie miejsca pracy dają podatki, w urzędach? Ludzie niech płacą podatki, nie firmy. Jak opodatkujesz wszystkich taksówkarzy nowym podatkiem to co się stanie z cenami za taryfę? To kto go zapłaci, taksówkarze czy klienci? Taksówkarze będą mieli tylko mniej pracy bo wielu nie będzie na nie stać a podatek zamiast progresywny jak najbardziej liniowy a więc sprzyjający rozwarstwieniu. Myślisz inaczej będzie z bankami? Astronomiczne zarobki bankierów trzeba opodatkować astronomicznymi podatkami dochodowymi.
    Na koniec wrócę do miejskiej legendy, jakoby wypłacanie wyższych pensji powodowało wzrost gospodarczy bo biedni wszystko wydają więc wpływają na popyt.
    A bogaci nie? Jak wydają na rozpustę to z biednymi się dzielą, szoferami, kelnerami, pokojówkami, pracownikami stoczni jachtowych, biednymi Brazylijczykami w fabryce odrzutowców czy pracownikami Mercedesa, jak nie wydają inwestują, to się pracownicy cementowni i hut wzbogacają a przedewszystkim mają pracę. Z podnoszenia pensji tylko wyższe ceny, na Alasce dużo się zarabia ale chleb drogi bo piekarz też za życie tam sowicie sobie liczy.
    Więcej liberalizmu, więcej pracy, dla tych co produkują i usługują, mniej dla urzędników z których pracy chleba nie ma.
    I to co piszę nie oznacza likwidowania i prywatyzowania takich usług jak edukacja, powszechna służba zdrowia czy infrastruktura, chodzi o to, żeby na to co potrzebne i czego rynek nie załatwi były pieniądze. Dziś brakuje, bo fiskalizmu zwiększać jak uczy praktyka się nie da w nieskończoność, a zawsze na pierwszym miejscu będą potrzeby tych co dzielą a dla tych co mają w wyniku podziału dostać brakuje.
    Jeszcze raz sorry za ortografię, już się tłumaczyłem ale widać nie wszyscy ludzkie ułomności potrafią zrozumieć. To nie dziwne że i nauki nie rozumieją;)

  33. Sprowadzając wszystko do kilku prostych słów – obie strony łapią się za słówka i wojują na różne dziwne argumenty bądź uprawiają pożyteczną dla swoich racji retorykę. Mało kto za to jest świadomy, że faktyczne skutki współczesnego rolnictwa „konwencjonalnego” być może odczujemy dopiero za kilka pokoleń. Przywołuje się wartości rynkowe tzw „zielonego trendu”, a przemilcza się, że stanowi to zapewne jedynie kroplę w morzu obecnego rolnictwa i korporacji za nim stojących. Zagdzam się, że eko trend ma sporo oszołomów, które mu szkodzą, ale zadałbym też pytanie o niezależność badaczy, którzy twierdzą, że dotychczasowe rolnictwo jest okej i nic nam w dłuższej perspektywie nie zagraża.
    Ot, całość pewnie sprowadza się do wykarmienia rosnących mas społeczeństwa jak najmniejszym kosztem. Każdy, kto ma z tego korzyść zawalczy o utrzymanie status quo i tyle.

  34. Szanowny Autorze, jakby było wszystko jedno to by ciotka miała wąsy i chłop z chłopem dzieci robił. Wystarczy wyjść na ulicę każdego europejskiego czy tez amerykańskiego miasta i porównać sobie ilośc osób z nadwagę w pokoleniu dzisiejszych pięćdziesięciolatków a w pokoleniu piętnastolatków. Za moich młodych, szkolnych lat, miałem szczęście urodzić się w najgorszym demograficznym wyżu, pamiętam jedną jedyną osobę z widoczna nadwagą a i to tylko z powodu hormonalnej choroby. Jedna, jedna jedyna, na kilkuset uczniów. Czy ktos trzydzieści czy czterdzieści lat temu widział na plaży faceta z cellulitami? Dzisiaj co trzeci. Wymieniać można długo i namiętnie tylko po co. Szanowny Pan, jestem przekonany, ma dziesiątki gotowych odpowiedzi pod ręką. Za to Panu płacą.

    Proszę tylko nie pisać, ze Coca-Cola i pochodne, bo przy oranżadzie w butelce z kapslem na drucie z czasów mojej młodości, te wszystkie Cole, Fanty czy inne Bulle to sa dzisiaj bardzo zdrowe napoje 🙂

    Kłaniam się

  35. @Konrad
    A kto twierdzi, że dotychczasowe rolnictwo jest OK? Wręcz przeciwnie, wielu naukowców twierdzi, że wymaga ono zmian. I że można je wprowadzić m.in. korzystając z biotechnologii. Postęp nauki spowodował, że dziś stosowanie pestycydów wygląda zupełnie inaczej niż kilka dekad temu, czyli o wiele korzystniej dla ludzi i środowiska.
    Tu chodzi o coś innego: ekorolnictwo w obecnej zideologizowanej postaci nie jest żadnym rozwiązaniem problemów rolnictwa w kontekście ochrony środowiska. A niekiedy wręcz przeciwnie. Ekorolnictwo opiera się głównie na marketingu, a nie realnych zasługach dla ochrony środowiska.

  36. Bardzo możliwe, że owoce i warzywa z upraw eko i konwencjonalnych nie różnią się jakoś zasadniczo pod kątem zawartości substancji odżywczych. Co do pozostałości pestycydów może być różnie. Ale zasadniczą sprawą jest jaki model rolnictwa jest korzystniejszy dla środowiska. Tak naprawdę to właśnie rolnictwo masowe trzeba będzie zmienić i uczynić bardziej eko, bo obecnie powoduje poważne zanieczyszczenia: pestycydy trują pszczoły i inne zapylacze, mają też szkodliwy wpływ na zdrowie ludzi (np. http://ekoprzewodnik.pl/blog/2014/03/13/pestycydy_winne_nieplodnosci_mezczyzn/ ), z krajobrazu rolniczego znikają kolejne gatunki, a nadmiar nawozów powoduje eutrofizację rzek, Bałtyku. Innymi słowy, zamiast zwalczać rolnictwo ekologiczne, trzeba walczyć o to, by rolnictwo konwencjonalne było bardziej ekologiczne.

  37. @ekoprzewodnik
    Otóż to. Rozważamy znikome różnice we wpływie różnych upraw na nasze zdrowie a nie patrzymy na bardzo silne oddziaływania na całe ekosystemy.

  38. Wszędzie warzywa i owoce i w kółko. A istnieją jakieś rzetelne badania dot. produktów odzwierzęcych, w tym mięsa?
    Loren Cordain pisze, że po zbadaniu masła z mleka krów karmionych trawą a tych karmionych paszami przemysłowymi te pierwsze zawierały więcej kwasów tłuszczowych omega-3 i mialy korzystniejszy stosunek o3:o6. Wydaje mi się, że zawartość CLA też była różna ale nie jestem pewien.
    Ktoś wcześniej napisał, że za współczesne epidemie otyłości, cukrzycy, alergii, raka etc. odpowiada nadmierne spożycie tłuszczy i węglowodorów. No bzdury takiej dawno nie słyszałem, oczywiście, że winna jest żywność przetworzona, natomiast jeżeli chodzi o składniki to zdecydowanie węglowodany (zwłaszcza rafinowe ze zbóż czyli biała mąka, syf jakich mało), tłuszcze roślinne (utwardzane ale i nieutwardzane poza oliwą są zwykle bardzo szkodliwe) i w wielu przypadkach nabiał (przemysłowe mleko i jego przetwory)

  39. Chciałbym zwrócić uwagę, że nikt nie zwalcza a napewno autor rolnictwa „ekologicznego”. Jeżeli już, to ekolodzy są wojującą grupą. W imę wyższych racji. Redaktor tylko pokazuje, że wątpliwe są ich argumenty. Nie wszyscy o tym wiedzą a człowiek ma prawo do informacji. Na środowisku wszystkim zakładam zależy, mam na myśli konsumentów i mają oni prawo do informacji. Obowiązkiem uczciwego człowieka jest demaskować ściemy i autor to robi, nic więcej.
    Wnioski niech sobie każdy sam wyciąga.
    Ja od kiedy przeczytałem u redaktora Rotkiewicza o jajach a potem zobaczyłem film o kurach, które jak im pozwolić wcale na dwór by nie wychodziły przestałem kupować ekojaja. Szkoda mi pieniędzy.
    A byłem oszukiwany, myślę że przez 10 lat na bzdurę wydałem niepotrzebnie 10x52tygodniex15jajekx0.5pln=3900pln
    Dziś coś bym sobie kupił za te pieniądze. Uwzględniając procent składany to z 5 tysi by było. Na tyle mnie skubnęli nic naturze nie dając.

  40. Mam znajomą która ma sad. Zawsze w sezonie śmieje się z miastowych którzy podjeżdżają pod bramę aby kupić „jabłka prosto z sadu” bo są smaczniejsze, choć jabłka które u niej rosną trafiają do sklepu w tym samym mieście. Miastowi najchętniej biorą jabłka z plamkami, które niby mają być zdrowsze – jabłka z plamkami lub za małe są zwykle przerabiane na soki.
    Mój dziadek hoduje pomidory. Najbardziej lubi odmianę Bawole Serce dającą pomidory duże, nieregularne, z wypustkami i fałdami, ale nieraz tak wielgachne że jeden starcza za pięć zwykłych. Z ciekawością obserwuję jak zdjęcia pomidorów tej odmiany chętnie wykorzystują przeciwnicy GMO aby postraszyć „przerośniętymi, zmutowanymi pomidorami”.

  41. Artykulow taki jak ten nie mozna brac powaznie poniewaz walcza one z jak to mowia Amerykanie tak zwanym „straw man” co w wolnym tlumaczeniu oznacza, ze wyznaczaja one slaby punkt, ktory oponent (w tym przypadku autorzy artykulu w British Journal of Nutrition) podobno prezentuje, i potem wytaczja boj przeciwko temu pozornemu czy urojonemu problemowi.
    W tym przypadku autor udowadnia, ze jego oponenci popieraja organiczna czy ekologiczna zywnosc poniewaz jest zdrowsza. NY Times mial podobny artykul moze rok temu. W gruncie rzeczy WIEKSZOSC tych ktorzy popieraja zywnosc organiczna nie popieraja jej dlatego ze jest zdrowsza tylko dlatego, ze zawiera mniej pestycydow. Wiekszosc sie zgadza, ze jesli chodzi o wartosci odzywcze to oba rodzaje zywnosci nie roznia sie zasadniczo, jesli wybieraja zywnosc organiczna to dlatego, ze ma ona w sobie mniej chemii. Autor typuje potem nastepnego „straw man” mowiac ze organiczne bazujace na roslinach pestycydy tez moga byc szkodliwe-owszem tak, MOGA byc. Wszystko w duzych ilosciach moze byc szkodliwe, nawet cos takiego jak z natury rzeczy „zdrowe” witaminy. Porownywanie organicznych pestycydow z chemicznymi jest skalkulowane zeby wprowadzic czytelnika w blad. Dodatkowo, autor ustosunkowuje sie do kwestii GMO udowadniajac, ze ze badania nie wykazaly zeby byly one szkodliwe. Moze nie, ale GMO sa takze relatywnie swiezym wynalazkiem ktorego dlugoterminowego dzialania na ludzki organizm nie mozna jeszcze udokumentowac. Nie ma jeszcze kontrolowanych badan GMO poniewaz sa zbyt krotko a poza tym byloby nieetyczne zaprosic kogos do badan gdzie bylby karmiony tylko GMO (wlasnie dlatego, ze efekt ich dzialania jest jeszcze nie do konca poznany). Tak na marginesie; moze autor Ekosciemy by sie zgodzil? jeszcze kilka lat wstecz ludzie mysleli ze azbest i olow sa nieszkodliwe dla zdrowia…
    Problem z artykulami takimi jak ten jest taki, ze sa one bardzo stronnicze. Zgadzam sie, ze kult tak zwanej „zdrowej zywnosci” dochodzi do ekstremy, z drugiej jednak strony dewaluowanie go w zupelnosci rodzi rowniez pytania co do intencji autora. Jak zwykle prawda lezy gdzies posrodku. Nie dajmy sie zwariowac zadnej ze stron. Pamietajmy, ze czasem nawet zle rzeczy moga byc pomocne. Np alkohol …oczywiscie pity z umiarem…zwlaszcza po zjedzeniu GMO nafaszerowanej chemicznymi pestycydami…:)

  42. Ciekawy jestem kto z rolników ekologicznych stosuje środki „bardziej toksyczne od syntetycznych pestycydów”.Warto ich ujawnić.
    Po drugie co tak boli autora,skoro produkcja eko jest niszowa.Skąd te miliardy $,skąd rzekome wsparcie dla eko od koncernów.
    Produkcja eko pochodzi od pomysłów działkowiczów,z niewielkich obszarów gruntów uprawnych.Są to z reguły warzywa,bo tyle można przerobić resztek na komposty.Jeżeli ktoś ma ekowarzywa na 3000 ha to można się zastanawiać.

  43. oczywiście, że winna jest żywność przetworzona, natomiast jeżeli chodzi o składniki to zdecydowanie węglowodany (zwłaszcza rafinowe ze zbóż czyli biała mąka, syf jakich mało), tłuszcze roślinne (utwardzane ale i nieutwardzane poza oliwą są zwykle bardzo szkodliwe) i w wielu przypadkach nabiał (przemysłowe mleko i jego przetwory)”

    Oczywiście, winna jest żywność, brak ruchu.
    Człowiek tyje, jak więcej kalorii spożywa niż spala. Prawo zachowania energii, fizyka piersza albo druga klasa liceum jak dobrze pamiętam.

  44. „Nie ma jeszcze kontrolowanych badan GMO poniewaz sa zbyt krotko a poza tym byloby nieetyczne zaprosic kogos do badan gdzie bylby karmiony tylko GMO”

    Jakby co to ja się zgłaszam z całą rodziną, może być nawet kawior z jesiotra zmodyfikowanego tak, że w Wiśle przeżyje.
    Rozumiem że jedzenie wtedy darmo?

  45. Czytam tych ekonomistów którzy zauważają 2 sprawy natury czysto fizycznej:
    1) zuzycie paliw i wielu surowcow to proces nieodwracalny i trudny do wyceny przez rynek, ktory przede wszystkim reaguje na bodźce o bardzo krótkim horyzoncie czasowym;
    2) system w którym żyjemy ma ograniczona pojemność.
    Mozesz podać nazwiska innych ekonomistów którzy biora to pod uwagę?

  46. @parker
    I jeszcze jedno. Czy nie uważasz że zmieniając nasze w stopniu ą możliwości adaptacji przyrody nie generujemy w pewnym sensie długu o jeszcze większym potencjale kryzysowym?
    Ja zgadzam się z tym że życie na kredyt jaki proponują nam wszystkie rządy na czele z USA skończy się, kryzysem ekonomicznym. Co więcej, jestem o tym przekonany. Tym bardziej że kredyt trudno spłacić w warunkach niepewności. Niszcząc otoczenie i zaniedbując koszty ukryte, a szczególnie nie zwracając uwagi na fakt że system w którym żyjemy jest nieliniowy a my stawiamy go na krawędzi przejścia w zupełnie inny stan, podnosimy poziom niepewności, dmuchamy kolejną bańkę. Zakładanie że bez ot tak sobie, „business as usual” zdołamy się dostosować do zmian które mają szansę przeorać cały świat jaki znami. Są precedensy z historii geologicznej, do tych tipping ponts nam niedaleko. Np. glacjacja Antarktydy zaczęła sie przy 450ppm CO2 a Grenlandii przy 400ppm przy wymuszeniach tysiace czy dziesiatki tysiecy razy wolniejszych niz obecne.
    Zamykanie oczu na rzeczywistość fizyczną i koncentrowanie sie na tradycyjnej ekonomii oderwanej od niej to droga do prawdziwego kryzysu o rozmiarze przekraczającym to co standardowi ekonomiści nazywają „kryzysem gospodarczym”….

  47. Mr Rotkyevitsch nie(chcący) sam zdemaskował swoją taktykę (oj będą bęcki od przełożonych z NWO, szykuj pan tyłek): „Kto twierdzi, że dotychczasowe rolnictwo jest OK? Wręcz przeciwnie (…) wymaga ono zmian. I że można je wprowadzić, m.in. korzystając z biotechnologii”. No i trzeba było tak od razu. Może jakieś półgłówki nabrały się na pański „obiektywizm nauki” i „przeciwstawianie się eko-terrorowi”, ale stary wróbel zawsze wie co wystarczy przeczytać. Rozumiem, tak po leninowsku – bazę przygotowaliście, czas na nadbudowę, w miarę umacniania się naukiwizmu wzmaga się walka klas postępowych i zachowawczych. Jakie to wszystko powtarzalne…

  48. ryzyk-fizyk

    Zgadzam się, że zużycie paliw to proces nieodwracalny, jak nieodwracalny to jak chcesz go odwrócić? Martwi cię brak paliw w przyszłości? Energi na ziemi nie zabraknie dopóki słońce świeci, to kwestia kosztów.
    Przez dotowanie odnawialnych źródeł odsuwamy w czasie moment kiedy koszty odnawialnej będą niższe niż kopalin bo że w miarę wyczerpuwania się tych drugich do przecięcia się tych lini dojdzie w przyszłości, uważasz im później tym lepiej? Ja uważam że im szybciej tym lepiej. Bo tylko niższy koszt tej pierwszej rozwiąże ten problem, taka jest natura człowieka, woli tańsze i nic tego nie zmieni, to sprzeciwianie się grawitacji, wspominałem o tym w komentarzu, lekceważą naturę człowieka.
    System ma ograniczoną pojemność i co z tego? Są badania, nie pamiętam kogo ale czytałem, że obserwując rozwój populacji w przyrodzie osiąga ona pewną liczebność i dalej nie rośnie, podobno szacuje się, że ludzkość ten poziom osiągnie poniżej 10 mld. Oczywiście nikt nie da głowy że nie więcej ale nie ma też wątpliwości, że limit istnieje. W krajach rozwiniętych od dawna mamy ujemny przyrost naturalny, im szybciej będzie rozwinięty cały świat tym szybciej zatrzymamy przyrost. Człowiek będzie gospodarował tym co będzie, nie martwiłbym się, jak sobie nie będzie radził zacznie wymierać, nie martwię się o nienarodzonych.
    To uwzględnienie długu od przyrody zajmujące intelektualnie, ale jak to wycenić i jak zmusić ludzi żeby za to płacili, komu? Utopia moim zdaniem.
    Jest tyle bliższych problemów do rozwiązania, rozwiązujmy te które można, te których się nie da powodują tylko frustrację.

  49. Po przeczytaniu, kilka miesięcy temu artykułu „Ekościema”, zacząlem się zastanawiać, w jakim celu ten, tak tendencyjny i w gruncie rzeczy infantylny artykuł, został wydrukowany w tak poważnym piśmie, jakim jest „Polityka”. Długo się zastanawiałem i doszedłem do dwóch wniosków.

    Wniosek nr 1.
    Albo ten pan, który to napisał, to chorobliwy przypadek człowieka, który boi się „inności” (zwolennicy zdrowego jedzenia i zdrowego trybu życia, ćwiczący joge, homoseksualiści, ateiści, i temu podobne „dziwolągi” ). Kośinski tę kwestie wspaniale poruszył w „Malowanym ptaku”. Polecam panu redaktorowi lekturę tej dość krótkiej, aczkolwiek ciekawej lektury.

    Wniosek nr 2.
    „Polityka” z pełna premedytacja postanowiła wydrukować ten artykuł spodziewając się chwilowego, chociażby, szumu. A jak wiadomo, nic tak nie nakręca sprzedaży gazety, jak nawet najbardziej głupawy, ale kontrowersyjny artykuł.

    Tak to chyba wygląda. Szkoda. „Polityka” zawsze trzymała pewien poziom, którym zwłaszcza w dzisiejszych czasach, brakuję większości redakcjom. Mimo wszystko pozdrawiam redakcję.

  50. Oczywiście jestem za ochroną naturalnego środowiska i za przeznaczeniem na to pieniędzy, gdyby kasa wyrzucona w błoto na ekoenergię poszła na zachowanie ekosystemów naturalnych inacze by planeta wyglądała, jak pisałem wsześniej za ostatnie 10 lat z samych jajek mogłem wydać 5000 na ochronę Puszczy Amazońskiej a nie uszczęśliwiać kury które w dodatku jak się okazało szczęśliwsze wcale nie były, przeciwnie.

  51. Rotkiewicz, Zalewski …..
    większej ściemy mało kto jest w stanie zrobić.

    To jest świadome, od lat oszukiwanie czytelników

  52. tak wiec Rotkiewicz popelnil nastepny artykul w ramach swej krucjaty.
    moglbym sie czepiac niemal kazdego zdania pod wzgledem logiki albo faktow.
    Zamiast tego tylko jedna refleksja: Jedna z glownych tezRotkiewicza jest ze pestycydy, herbicydy sa okey. No to jak to jest, ze kazdego roku wycofuje sie z uzytku pewna ich liczbe, bo zebralo sie wystarczajaco duzo dany statystycznych o ich szkodliwosci? Byly one w uzyciu przez 20-30 lat i przez ten czas cala populacja byla de facto poddana testowi – testowane byly te chemikalia i czesc z nich okazala sie szkodliwa. Wiec wycofuje sie je, a na ich miejsce wprowada sie nowe i cykl testowanaia zaczyna sie od nowa.

  53. Ludzi od naturalne=zdrowe częstowałbym ekologicznym wyciągiem z chryzantem.

  54. To ja jak zwykle muszę skomentować, że nazywanie troski o środowisko „pseudo-religią” jest nieładne. Należy się cieszyć, że ludzie nie chcą już traktować natury tak jakby byli jej panami.

    BTW: Od niedawna mieszkam w okolicy gdzie są wyłącznie sklepy ze zdrową żywnością, więc muszę się sporo wysilić i nurkować między półkami żeby znaleźć jakieś nie-ekologiczne GMO produkty, które są tańsze od całej eko-reszty. Zawsze sobie wtedy niezbyt ciepło myślę o tych wszystkich którzy (jak autor bloga) sprzeciwiają się znakowaniu takich produktów. Nie musiałbym tyle czasu w sklepie tracić :/

  55. Jak zwykle Gronkowiec musi.
    Troszczyć się trzeba tylko z rozumem tak żeby ta troska środowisku nie szkodziła.
    Przecież ta religia garściami czerpie z religii znanych z historii, certyfikaty koszerności za które ekorabini biorą pieniądze jak ich starsi bracia w wierze, narzuca niewieżącym lub próbuje swoją wiarę.
    Znakowanie niekoszernego jedzenia, najlepiej trupią czaszką żeby przestraszyć, długo można pokazywać analogie.

  56. Nowe badania wykazały przeciwnadciśnieniowe działanie azotanów?
    Wszystko zależy, o czym mówimy. Azotany (V) są od lat używane w kardiologii i jednym z ich działań nieporządanych może być nadmierny spadek ciśnienia. Nitrogliceryna, di- i monoazotan izosorbidu… To są donory NO+, czyli EDRF, który jest właściwym czynnikiem mioreksacyjnym działającym na naczynia.
    Ale w żołądku zwłaszcza azotany (III) reagują z HCl z wytworzeniem kwasu HNO2, który reaguje dalej z H+, tworząc H2NO3 +, rozpadający się na H2O i NO2+, który z kolei reaguje z aminami drugorzędkowymi (reszzta prolilowa białek w żołądku), tworząc rakotwórcze N-nitrozoaminy, które włażą pomiędzy zasady azotowe w DNA i robią dywersję.

  57. Ach, kocham to…
    Ten świeży powiew wolności słowa z roku 1982 na blogu….
    Cóż, widocznie to jedyny sposób Mr Rotkyevitscha na obronę swoich „najmojszych racji”

  58. @?
    Odnośnie usuniętych Pani/Pana komentarzy: sugeruję lekturę „zasad publikacji komentarzy” na tym blogu. Gdyby było coś niejasne, postaram się wyklarować. Jeśli Pani/Panu nasze zasady nie odpowiadają, to proponuję przenosiny na inne forum dyskusyjne.

  59. @mpn
    Tak uważa jeden z cytowanych ekspertów:
    „The article also claims that the lower levels of nitrate and nitrite in organic vegetables would be beneficial to health. However, this is opposite to more recent research, including some carried out at the University of Newcastle, which shows that nitrate in vegetables in fact lowers blood pressure because it is converted to the vasodilator nitric oxide (Lidder S, Webb AJ. Vascular effects of dietary nitrate (as found in greenleafy vegetables and beetroot) via the nitrate-nitrite-nitric oxide pathway. Br JClin Pharmacol. 2013)”

  60. Moze i to przemyslowa zywnosc da sie jesc ale czytanie kolejnych rewelacji pana Rotkiewicza przyprawia o mdlosci in niestrawnosc. W Stanach tez sa tacy sztandarowi i plomienni obroncy przemyslowej zywnosci, GMO, it. itp. To wszystko mocno smierdzi Monsanto i to nie jest przyjemny zapach. A tak naprawde to w tym wszystkim chodzi o zapach pieniedzy i to bardzo duzych. A cala reszta…. od tego sa tacy jak autor aby manipulowac opinie publiczna.

  61. @Niedowiarek
    Na tego typu „merytoryczne” komentarze nie reaguję. Ale tu zrobię wyjątek, bo nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie pojawi się Monsanto 🙂 I jest!

  62. @parker 16 lipca o godz. 9:25
    „Znakowanie niekoszernego jedzenia, najlepiej trupią czaszką żeby przestraszyć, długo można pokazywać analogie.”
    Nie abym od razu tworzył spiskowe teorie, ale czy zrozumienie powyższego dowcipnego komentarza @parkera przez czytelników tego bloga nie zmieniło by się odbrobinkę po usłyszeniu, że utrzymuje się on z dochodów firmy handlującej produktem żywnościowym?

    I o ile „na dzień dzisiejszy” właściciel firmy wie ile zarabia, to może mieć niejakie wątpliwości czy aby nic się nie zmieni po wprowadzeniu oznaczeń na opakowaniach swoich towarów. Warto byłoby informować czytelników bloga o takich drobnostkach. Najlepiej na tym samym odechu na którym napisało się swoje dowcipaski.

  63. @ Marcin Rotkiewicz 16 lipca o godz. 17:42
    „bo nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie pojawi się Monsanto 🙂 I jest!”
    Dawno temu przestałem komentować na blogu p. Zalewskiego. Po piewsze dlatego, że nie mam pojęcia o GMO i o biologii. Nie udało mi się uzupełnić mojej niewiedzy z genetyki. A po drugie dlatego, iż nie spodobała mi się tendencyjność poglądów p. Zalewskiego.
    Nie mogąc ustosunkować się (przez swoją ignorancję w temacie) do strony naukowej GMO, kiedyś poczytałem sobie tylko na internecie o stronie prawnej umów zawieranych przez firmę Monsanto ze swoimi klientami. Po czym przeczytałem taką umowę na któryś tam rok. W umowie „jak byk stało”, że Monsanto zmusza farmera do zgodzenia się na postępowanie arbitrażowe a nie zwykłe sądowe w razie jakichkolwiek nieporozumień.
    Podlinkowałem taką umowę p. Zalewskiemu jako mój komentarz do jego kpiących uwag, że „skoro Monsanto (według aktywistów anty-GMO) robi farmerom aż taką krzywdę to dlaczego tak mało z nich podaje Monsanto do sądu”?

    P. Zalewski wtedy jeszcze nie znał oryginału takiej umowy i podziękował mi za niego. Niestety nie zmienił swojego kpiącego nastawienia i wielokrotnie w swoich późniejszych wpisach na blogu używał tego samego argumentu. „Skoro Monsanto ma być takim potworem to dlaczego tak niewielu włóczy ich po sądach?”.

    Podkreślam, że z braku wiadomości nie mam żadnej opinii o szkodliwości czy nieszkodliwości produktów zrobionych z GMO. Jedyne, na co chciałem zwrócić uwagę to hipokryzja Monsanto z jednej strony wykręcającej farmerom ręce w momencie podpisywania umów aby potem faryzejsko bronić się, że „tak mało z nich podało nas do sądu”.

    Hipokryzję tę powtarzał wielkorotnie p. Zalewski na swoim blogu, co przynajmniej mnie nie ułatwia „cieplej” spojrzeć na ich produkty.

    Codziennie jedząc genetycznie modyfikowaną przez Monsanto żywność czuję się trochę jak klient Cygana z Hali Targowej we Wrocławiu, który 40 lat temu sprzedawał tam tombakową biżuterię z walizki. Zachwalał ją jako „czyste złoto” ale robił to z szelmowskim uśmiechem „wicie-rozumicie” i wyceniał jak tombak a nie jak złoto. 😉

    Można powiedzieć, uczciwy cygan… no i wszystkie koleżanki z podstawówki nosiły jakiś błyszczący łańcuszek z tombaku, więc wyboru nie było. Zupełnie jak dzisiaj w USA z GMO. 😉

  64. @zza kałuży
    Ponieważ żaden z nas nie jest amerykańskim rolnikiem, więc może warto zapoznać się z tym, co taki rolnik właśnie w sprawie umów z Monsanto ma do powiedzenia:
    http://thefarmerslife.com/biotechnology/i-occupy-our-food-supply-everyday/

    Proponuję jednak nie zamulać tu dyskusji tematem nie związanym z moim wpisem.

  65. @Marcin Rotkiewicz 16 lipca o godz. 18:55
    Pozwoli pan, że złożę pański wpis na karb pospiechu.
    W podlinkowanym przez pana wpisie na blogu farmera
    nie ma ani słowa o wymuszanym w umowie z Monsanto arbitrażu (w przypadku upraw GM bawełny).
    Ani o tym, że umowa (dla upraw innych niż bawełna) narzuca farmerowi jeden sąd (na całe Stany Zjednoczone, czyli kraj o wielkości kontynentu!).

    Wolę myśleć, że pańska odpowiedź to nie przykład manipulacji ale ignorancji spowodowanej pośpiechem.

    Proszę znaleźć w lepszym czasie chwilkę i przeczytać umowę z Monsanto. Proszę zastanowić się, (poczytać? doedukować?) co to znaczy „arbitraż” w warunkach amerykańskich i czym różni się od sądu. Proszę zadać sobie pytanie, dlaczego Monsanto zmusza do arbitrażu i dlaczego potem jak hipokryta chwali się, że nie jest sądzone?

    Proszę zastanowić się, jak często polski rolnik pozywałby Monsanto do sądu, (w przypadku innym niż bawełna) gdyby umowa zmuszała go do sądzenia się w sądzie w Salerno na Sycylii, jako w jednym sądzie na całą Europę.

    Jeszcze raz, na wypadek gdyby czytałby pan za szybko. Moje uwagi nie mają nic „naprzeciwko” GMO. Odnosze sie tylko do hipokryzji zapewnień Monsanto w świetle treści ich własnych umów.

  66. Miało być Palermo 😉

  67. @zza kałuży
    Nie zastanawia Pana, dlaczego te kwestie niepokoją tylko Pana, a nie rolnika, który podpisuje umowę? Dlatego podlinkowałem ten blog. Nie jestem prawnikiem, nie mieszkam w USA, więc nie mam pojęcia, czy np. arbitraż jest czymś wyjątkowym w umowie czy nie? Czy wskazanie sądu jest czymś wyjątkowym, czy nie? Co np. wstawiają w takie umowy firmy typu Apple, Sony, GM, Starbucks, Pepsico czy sprzedawcy materiały siewnego nie-GMO etc.
    Ale prosiłbym jeszcze raz, by na tym forum dyskutować o wpisie, a nie umowach Monsanto, bo ma się to nijak do tematu.

  68. @Marcin Rotkiewicz 16 lipca o godz. 20:03
    To mój ostatni wpis „nie na temat”.
    „Nie zastanawia Pana, dlaczego te kwestie niepokoją tylko Pana”
    Nie, nie zastanawia. To nie ja wydłubałem sobie z nosa takie wydumane problemy. To był argument użyty przez p. Zalewskiego w odpowiedzi na ataki przeciwników umów z Monsanto. Argument oparty o materiały do tej pory publikowane na stronie firmy:
    **http://www.monsanto.com/newsviews/pages/saved-seed-farmer-lawsuits.aspx

    „Since 1997, we have only filed suit against farmers 145 times in the United States. This may sound like a lot, but when you consider that we sell seed to more than 250,000 American farmers a year, it’s really a small number. Of these, we’ve proceeded through trial with only eleven farmers.”

    Argument oparty na manipulacji niewiedzą co do stanu prawnego w USA. Arbitraż wyklucza drogę sądową (i dlatego farmer jest do zgody na niego zmuszany umową) a innych wypadkach niewygoda i wysokie koszty prowadzenia sprawy w innym stanie, wielokrotnie w odległości tysięcy mil od miejsca zamieszkania powodują, że praktycznie nie ma przypadków „niezadowolonych farmerów”.

    „Niezadowolone” może być tylko Monsanto, gdyż ma na to środki.

    „wstawiają w takie umowy firmy typu Apple, Sony, GM, Starbucks, Pepsico czy sprzedawcy materiały siewnego nie-GMO ”
    To nie miałoby znaczenia dla mnie tak długo, jak długo
    „Apple, Sony, GM, Starbucks, Pepsico czy sprzedawcy materiały siewnego nie-GMO” nie wstawialiby do umów klauzul o arbitrażu tylko
    po to, aby następnie chwalić się, jak rzadko lądują w sądzie.

  69. Z reguly nie wdaje sie w yiskusje na takie fundamentalne tematy bo jak wiemy dyskusja z kuloodporna tuba jest malo atrakcyjna i przekonac tuby sie nie da do niczego bo od tego to jest tuba. Ale chce poruszyc dwa tematy, niezaleznie od tego czy to przyniesie jakis efekt. Czasami warto.

    1. „Diabel spi w szczegolach” ma swoje inne, wazniejsze znaczenie. Wszelkie dyskusje na tematy naprawde duze i wazne sa w naszych spoleczenstwach sprowadzane do szczegolow gdzie prawdziwi lub falszywi eksperci moga zawsze zawiklac wszelkie argumenty, topiac je w niekonczacych sie debatach. Nalezy tego unikac i patrzec na calosc problemu gdzie niekoniecznie potrzeba jakiejkolwiek wyzszej ekspertyzy a wystarczy zdrowy rozsadek i niezalezne wlasne spojrzenie. Tak, „diabel” czeka w miedzyczasie aby rzucic jakies nowe i wiele starych i ciagle powtarzanych chwytliwych argumentow, zbyt czesto zbierajac benefity od tych, ktorym na konkretnym przekazie zalezy.
    2. Temat i problem to zywnosc. W tym temacie a wlasciwie w zaangazowaniu we bardzo wiele z jego aspektow zeszlo moje dotychczasowe zycie, ostatnie 33 lata w Pln. Armeryce (Kanada). Wiec zdazylem doswiadczyc, przeczytaz i zrozumiec sporo. To co sie teraz dzieje w Polsce rozwijalo sie wlasnie tutaj i wlasnie przez ostatnie +/- 30 lat. Krotko mowiac, przemyslowa zywnosc i to zarowno jej rolnicza czesc jak i przetworstwo jest absolutnie przeladowana problemami i to w kategorii tych najwiekszych. Zbyt duzo ich zeby wszystko dokladnie wyliczyc, ale z grubsza sprobuje:

    – dramatyczny choc powolny efekt przemyslowej zywnosci na nasze zdrowie i to zarowno spowodu skladnikow i dodatkow ktore sa w zywnosci a byc nie powinny ale takze brakiem tego co powinno byc a jest zniszczone lube wyjalowione
    – niszczenie srodowiska, w tym wielu i dla nas nieslychanie waznych gatunkow (pszczoly, itp.)
    – okrucienstwo w hodowli przemyslowej zwierzat
    – wyjalowianie i pelna utrata gleb na calym swiecie. Szacuje sie strate okolo 45% wszystkich gleb uprawnych (powierzchnia i glebokosc)
    – dramatyczny spadek ilosci ludzi zaangazowanych w rolnictwo, ktore jest w calosci oparte na paliwach kopalnych. Zanik wiedzy ktora byla tradycyjnie w rodzinach rolniczych.
    – potencjalne grozby wprowadzania GMO i uaktywnienie super chwastow a takze innych organizmow odpornych na chemikalia
    – Marsz do niemal calkowitego unzaleznienia od dostaw wysoko przetworzonej zywnosci przez nieslychanie skomplikowany globably system. W przypadku jego zachwiania grozba glodu i chaosu jest wiecej niz realna, zwlaszcza do ciagle rosnacych metropolii miejskich.
    – Eksternalizacja kosztow produkcji przemyslowej, ktore nie bedac bezposrednie sa przerzucane na reszte spoleczenstwa a takze na nastepne pokolenia co w konsekwencji czyni zywnosc przetworzona sztucznie tania.
    – Walka z glodem na swiecie jest kompletnie nieefektywna i fundamentalnie nieszczera. Od poczatkow zielonej rewolucji przybylo 3 milardy ludzi i ilosc tych ktorzy gloduja liczy sie ciagle w setkach milionow. Tym ludziom nigdy nie brakowalo zywnosci, brakowalo im pieniedzy, ktore byly niezbedne zeby zywnosc kupic, kiedy sie ich pozbawilo mozliwosci produkowanie zywnosci dla siebie w warunkach, umozliwiajacych jej produkcje.
    – Systematyczne i konsekwentne proby przechwycenia kontroli nad dostawa zywnosci dla swiata (akumulacja kapitalu w rolnictwie i przetworstwie, patenty na zywe organizmy). Kto kontroluje zywnosc, kontroluje ludzi.

    Ta lista nie jest pelna, ale wydaje sie, ze mozna zrozumiec jej glowny cel. Czy mozna sie dziwic, ze ludzie, ktorzy choc w czesci zaczynaja rozumiec nasza sytuacje zywnosciowa probuja szukac lepszych, chocby mniej szkodzacych sposobow produkcji i przetworstwa? Nie trzeba byc redaktorem naukowym zeby cos takiego zrozumiec i w sumie jest niewazne, czy jakis fragmentaryczny argument moze byc wygrany przez jedna lub druga strone. Calosc mowi sama za siebie, niech kazdy wybierze choc jeden z wyzej wymienionych punktow zeby zrozumiec, w ktorym kierunku trzeba isc. A diable spi w szczegolach, naprawde. Jak mnie kiedys uczono: „Tu nie Politechnika, to trzeba myslec”. 🙂

  70. „Zasady”? Niech najpierw Mr Rotkyevitsch ich przestrzega. W końcu bycie filozofem, bez żadnego wykształcenia biologicznego – nieprawdaż?(chyba że Wikipedofilia zrobiła fake) – do czegoś JWP MR zobowiązuje…

  71. Cyt Ja zaś jestem przekonany, że – pomijając jakieś skrajne sytuacje, typu “hydroponiczny pomidor, dojrzewający w etylenowej ładowni statku podczas podróży z Chin” – w teście ślepej próby nie odróżniłby Pan smaku “pomidora z ogródka” od “pomidora z farmy pomidorów”.
    Jest Pan Przekonany czy jako naukowiec ma Pan na to jakies naukowe dowody lub poparl Pan to przekonanie slepą proba wykonana przez siebie.?

  72. @parker
    To fakt ze niektórzy wydaja kasę na „żywność naturalną” a inni na wątpliwe uszczęśliwianie kur. Ale co to ma wspólnego z GO? Praktyka uczy też że nie wszystkie problemy które wydaja się na bieżąco najbardziej palące są nimi w rzeczywistości, są problemy „lokalne”, „taktyczne” i „strategiczne”. Rynek ma te cechę że dobrze zajmuje się problemami „lokalnymi” i „chwilowymi” ignorując „globalne”, „strategiczne” i „długookresowe”.
    Rynek jest bardzo przydatny, rozwiązuje mnóstwo problemów, ale nie wszystkie, sam też sobie stwarza problemy które trzeba rozwiązywać środkami pozarynkowymi. Wracając do tematu GO i polityki energetycznej. Rynek paliw kopalnych nie jest wolny, to kilka oligopoli (dla różnych paliw), związanych także wymaganiami polityki i strategii międzynarodowej. Nie wspomnę o Rosji, krajach OPEC, wystarczy powiedzieć ze np. w USA od lat 70-tych obowiązuje zakaz eksportu ropy i gazu otwarcia się na rynki międzynarodowe, co razem z drukiem pustego dolara na który cały czas na rynku światowym jest popyt (popyt na pieniądz przy jego nadpodaży rządzi się wizjami i złudzeniami, a nie wartością materialną – vide bańki spekulacyjne) daje ogromne subsydia i pozwala utrzymywać ceny paliw na bardzo niskim poziomie, poniżej cen światowych. Chińczycy a także Polacy subsydiują w ten sposób niewiarygodnie rozrzutną pod względem energetycznym największą gospodarkę świata. Subsydiowanie renewables to pestka w porównaniu z tym problemem. Jak pisałem jestem liberałem. Ale nie mam klapek na oczach. Widzę zagrożenia, widzę rynkowe rozwiązania (cap and trade zaproponowane przez liberalne think-tanki przy republikańskich prezydentach USA, – patrz tu:
    http://www.smithsonianmag.com/air/the-political-history-of-cap-and-trade-34711212/
    czy revenue neutral carbon tax, który ma tę zaletę że opodatkowuje konsumpcję paliw kopalnych, a zostawia w kieszeni zarobione pieniądze).
    Zastosowanie tych rozwiązań, a szczególnie ostatniego jest jak najbardziej możliwe, uprasza niezwykle system podatkowy, zostawia w kieszeni zarobione pieniądze, wymaga jednak jednocześnie prawdziwego uwolnienia rynku paliw kopalnych i energii elektrycznej. Prawdziwe urynkowienie rynku energii elektrycznej dałoby impuls do rozwoju energetyki odnawialnej (w pewnym stopniu to robione jest w Niemczech: cala energia elektryczna sprzedawana jest na giełdzie z jednodniowym wyprzedzeniem, co pozwala określać jaka bedzie produkcja z renewables i de facto cena elektrycznosci dla przemyslu jest najnizsza od 2002 roku).
    Problemem w wielu krajach jest to, że znaczna część polityków jest zależna od koncernów paliwowych lub wprost trzyma rękę na państwowych koncernach paliwowych a opinię publiczna kształtują doktrynerzy którzy krzyczą że jakakolwiek zmiana aktualnego stanu to zamach na wolność. Jednak prawdziwym zamachem na wolność jest ignorowanie problemów które tę wolności ograniczają lub ograniczą w dającej się przewidzieć przyszłości. Howgh 🙂

  73. ryzyk-fizyk
    Nikt nie znalazł skuteczniejszej metody rozwiązywania problemów niż rynek, rynek uwzględnia i wykożystuje niezmienną cechę człowieka jaką jest egoizm, egoizmu nie da się wyeliminować, trzeba go zaakceptować i zaprząc do roboty co czyni kapitalizm, ludzie z egoizmu w gospodarce rynkowej służą społeczeństwu czego historia dowodzi.
    Piszesz, że politycy na pasku i tak dalej, zmienisz to? Znajdziesz lepszych, oni jak wszycy mają na uwadze swój interes, i to, że są wyjątki świadczy tylko o regule.
    Rynek nie rozwiązuje problemów przyszłości bo tych się nie da rozwiązać z prostego powodu że jej nie znamy. Doceniam problem GO ale rozwiązanie widzę jedno, odnawialne źródła muszą być tańsze niż konwencjonalne, inaczej egoizm zwycięży, zawsze, nie da się uzgodnić konsensusu dla całego świata, ci co będą używać droższej energii będą importować tańszą pod postacią towarów. Piszesz o problemach jakie są i zgadzam się z diagnozą, ale rozwiązań nie widzę, to że twoi ulubieni ekonomiści je widzą nie znaczy że da je się wprowadzić, Marks i Lenin też mieli trafną diagnozę a rozwiązania ten drugi wprowadził, do czego to doprowadziło?
    Z naturą ludzką nie wygrasz, próbując tylko możesz zaszkodzić, ludzie w swojej masie zawsze wybiorą kożystniejsze rozwiązania tu i teraz nie myśląc o czekającej katastrofie nie trzeba aż GO żeby to udowodnić.

  74. @parker

    Coś tam pisałeś, że ludzie tyją, bo zasady termodynamiki. Tak się składa, że ZZE znam i to dobrze, tylko, że ona nie bardzo ma tutaj zastosowanie. Tzn. stosuje się jak najbardziej, jak człowiek więcej przyswoi (nie zje!) niż zużyje to nadwyżka zostanie zakumulowana w postaci materiału zapasowego. Fajnie, zgrabnie, nic to nie tłumaczy.
    Otóż organizm to nie jest piec, a ludzie nie funkcjonują dzięki turbinom napędzanym podgrzaną parą wodną. Do koncepcji bilansu kalorycznego mam zastrzeżeń tyle, że zasadniczo jest to koncepcja zupełnie niefunkcjonalna i nieprzydatna praktycznie:
    – wartość energetyczna pokarmów podawana jest w kcal, która to wielkość jest mierzona poprzez spalenie pokarmu w kalorymetrze i zmierzenie ilości wytworzonego ciepła; organizm ludzki natomiast energię pozyskuję i gromadzi w wiązaniach związków fosforowych na drodze przemian dalece bardziej złożonych niż spalanie, można przytaczać ile moli ATP uzyskuje się z mola konkretnego związku, ale pominę to podsumowując jedynie, że wyniki są diametralnie różne
    – wszystkie makroskładniki pełnią w organizmie jakąś rolę budulcową, dlaczego więc zakłada się, że to co zjem dzisiaj to przekształcę w energię
    – w zależności od spożywanych pokarmów, organizm może preferować zupełnie różne szlaki metaboliczne, dając z tych samych substratów pokarmowych inne produkty, a zatem inną ilość użytecznej energii; metabolizm inteligentnych osobników na dietach LCHF jest znacznie inny od m. osobnika na przeciętne diecie typu koryto
    – nawet posługując się tym fatalnym konceptem można pokazać, że ilość „spalonych kalorii” zależy od ilości „spożytych kalorii”, więc jak ktoś trzyma wagę na 2500kcal wcale nie znaczy, że na 2200kcal zacznie chudnąć

    Nie wiem jak w XXIw. można dalej mówić o kaloriach. Minimum to rozkład B/Ww/T ale i to potrafi bardzo zafałszować obraz

  75. @parker
    Ekonomia czasu wojny nie potwierdza Twego zdania na temat rynku. Regulacje wojenne czy związane z wyścigiem zbrojeń i zimną wojna doprowadziły do powstania wielu wynalazków które potem rynek skonsumował. Podobnie było z zakazem (nierynkowym) wypleniania puszek z „aerozolami” substancjami szkodzącymi naszemu środowisku…
    Oczywiście, otoczenie rynkowe pomogło te regulacje skutecznie wprowadzić, natomiast rynek nie był ich inicjatorem….
    Jeszce raz: nie jestem przeciwnikiem rynku. Je jestem także wyznawca rynku jako antidotum na całe zło, a tak odczytuję słowa. Dodatkowo, w obszarze energii rynku po prostu NIE MA. Jest egoizm bez rynku.

  76. Wpływ GMO mozemy ocenić za kilka pokoleń. Ale nie chce by moja rodzina i wnuki były królikami doświadczalnymi. A wszedzie jest ta g… soja modyfikowana.
    Co do żywności ”ekologicznej”… Z Pana dyskusji dzis u Morozowskiego wynika tylko tyle ze wszędzie jest to samo g… No to zareklamował Pan 😉
    Odstraszył Pan od jedzenia czegokolwiek 😉
    ……………………….
    A zachorowalnośc na raka czy refluks wzrosła w ciagu 50 lat o kilkadziesiąt procent. I na diete nie da sie wszystkiego zwalic. Moze w USA ale nie do końca u nas.
    ……………….

    W takiej Szwecji kary dla ”trucicieli” (maczka kostna, sól drogowa) są zniechęcajace. U nas chroni sie przestepców którzy co innego piszą na etykiecie a co innego sprzedają. Sanepid, prokuratura i producenci na szczeblu lokalnym tworzą sitwy.
    Dopóki tak bedzie to rynek zywnosci ”ekologicznej” bedzie rosnąć – nawet jesli nie jest taki do końca czysty. Bo ludzie sa postawieni pod ścianą – nie kazdy ma ciocie na wsi i warzywka z ogródka czy foliaka. Czy jajka od ”kur szczęśliwych” …
    …………………..

  77. Dodam tylko ze 100 lat temu czy 50 laty temu ludzie nie chodzili do dietetyków (ani do psychoanalityków :)) , nie było internetu ani gazety sie nie rozpisywały o prawidłowej diecie a MIMO TO byli zdrowsi i mniej fiksowali ….
    teraz mozna poczytac na Onecie czy na blogach tematycznych o zdrowym stylu życia a cancer czy reflux staja sie chorobami cywilizacyjnymi XXi wieku.

    I jak Pan to wytłumaczy ? 😉 A podobno jedzonko zdrowe mamy…

  78. Czytając niektóre komentarze tu zamieszczone idzie się za głowę złapać. Wyżej mamy wymyślanie, że to nie dieta a żywność ogólnie odpowiada za refluks… No ludzie, no! Serio, tak ciężko zauważyć zmiany żywieniowe? Co się jadło kiedyś (jakie dania, w jakich warunkach, szybko/wolno) a co i jak obecnie. Kiedyś się też ludzie nie przejmowali refluksem – przyszła zgada, wypiło się wody z węglanem sodu i po zgadze…

    Ludzie byli zdrowsi – gdzie niby? W jaki sposób byli zdrowsi? Że żyli z rakiem nawet o tym nie wiedząc a potem dziwnym trafem ktoś umierał w wieku 45 lat? Naparzanie na konserwanty w jedzeniu nie ma końca ale owe konserwanty uratowały więcej ludzi niż zaszkodziły (zmniejszona liczba zatruć, uniemożliwiane rozwoju pleśni, które produkują mykotoksyny, których rakotwórczość przebija wszystkie znane niebezpieczne dodatki do żywności!). Znowu zachorowalność na raka rośnie wraz z wydłużeniem średniej długości życia (im człek starszy tym większe szanse na raka). Ojejku, czyżby owa długość życia nie rosła od kilkudziesięciu lat? Czy nie żyjemy też w silnie zanieczyszczonym środowisku a każda próba oczyszczenia atmosfery (normy Euro, zakaz palenia węgla etc) kończy się oskarżaniem „eko lobby” o wyciąganie kasy z kieszeni obywateli? Oddychamy 24h/dobę, jemy 3-5 razy dziennie…

    Dalej trololo o superchwastach (takowe już są i niepotrzebne są żadne rośliny GMO by superchwasty powstały – przecież ewolucja działa cały czas i rośliny uodparniają się herbicydytak jak bakterie na antybiotyki…). GMO pozwala właśnie na rozsądną uprawę żywności, gdzie możemy redukować ilość stosowanych środków ochrony roślin (to już się dzieje, nawet w przypadku roślin odpornych na glifosat – owszem, jego używa się więcej, ale nie ma wtedy potrzeby korzystania z innych herbicydów i hokus pokus – używamy ich łącznie mniej!) przy jednoczesnym uzyskaniu wysokich plonów (ludzie przybywa, trzeba ich wykarmić…). Eko żywność nie ma sensu bo ani nie jest taka super eko (miedziany, pestycydy i tak są stosowane, dochodzą choroby roślin, pleśnie) a na dodatek nie zapewni dość żywności. Do ego dziwnym trafem ludziom przeszkadza nadmierne nawożenie pól nawozami sztucznymi (i słusznie!) ale gnojówka czy kurzenice już są super, bo naturalne – ludzie robią oczy jak talerze gdy im mówię, że tutaj też łatwo przenawozić pole na dodatek istnieje ryzyko zakażenia żywności groźnymi bakteriami. Co z resztą nie raz już miało miejsce – najlepszy przykład to sprawa kiełków fasoli zakażonych bakteriami E.Coli i śmierć kilkudziesięciu ludzi w Europie. Eko żywność zabiła kilkadziesiąt ludzi i nikomu to nie przeszkadza. Przecież gdyby to było GMO, to greenpeace zorganizowałby manifestacje w całej Europie domagając się natychmiastowego wycofania się z GMO…

css.php