Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Naukonauci - Blog dziennikarzy naukowych POLITYKI Naukonauci - Blog dziennikarzy naukowych POLITYKI Naukonauci - Blog dziennikarzy naukowych POLITYKI

22.03.2014
sobota

Kraków, Kongres Kultury Akademickiej

22 marca 2014, sobota,

Zakończył się Kongres Kultury Akademickiej, przedsięwzięcie zorganizowane w Krakowie z inicjatywy prof. Piotra Sztompki, socjologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Podczas trzech dni obrad (20-22 marca) uczestnicy spotkania dyskutowali o najważniejszych problemach środowiska akademickiego: upadku autorytetu uczonego, misji i idei uniwersytetu, relacjach mistrz-uczeń, konsekwencjach umasowienia nauczania na poziomie wyższym, jakości polskich uczelni, etyce zawodowej.

Niestety, nie miałem możliwości uczestniczenia we wszystkich sesjach bogatego programu. Na Kongres wybrałem się drugiego dnia, który rozpoczęła sesja plenarna o relacjach międzypokoleniowych w środowisku akademickim. Temat wielowątkowy, najciekawszy jego aspekt, to pytanie: czy możliwe są jeszcze relacje mistrz-uczeń w dobie masowego kształcenia? Czy raczej uczelnie stały się fabrykami produkującymi dyplomy w procesie, który uniemożliwia jakąkolwiek głębszą interakcję? Na dodatek umasowienie spowodowało obniżenie średniego poziomu studentów, a nie ma też co ukrywać, średni poziom kadry akademickiej także pozostawia wiele do życzenia. Mimo tego lamentowania okazało się, że ciągle można jednak wyrwać się spod dyktatu średniej i statystyki oraz bezwzględnego automatyzmu. Gdy odstawi się na bok KRK, USOSy i podobne elementy akademickiej infrastruktury, ciągle możliwe jest spotkanie człowieka z człowiekiem, nauczyciela i studenta, którego wynikiem jest wzajemnie owocna wymiana. Tyle tylko, że takie spotkanie nie jest normą, lecz raczej ma charakter cudu.

Po sesji plenarnej miałem okazję uczestniczyć w panelu Obrona i propagowanie „rozumu naukowego” i racjonalności myślenia w debacie publicznej. Opiniotwórcza rola uniwersytetu. Tytuł skomplikowany, skoncentrowaliśmy się głównie na problemie, który najbardziej doskwiera naukowcom – jak spowodować, żeby media były bardziej zainteresowane ich wypowiedziami, a jak są już zainteresowane, to żeby tych wypowiedzi nie przekręcały i nimi nie manipulowały? W tle tego bezpośredniego problemu kryła się oczywiście troska o jakość debaty publicznej, która coraz częściej ulega irracjonalnym zakrętom, kiedy podczas debat używa się argumentów z porządku religijnego, a nie racjonalnego: tak jest, gdy np. debata o globalnym ociepleniu lub o teorii ewolucji sprowadza się do kwestii wiary, a nie argumentów odwołujących do naukowych ustaleń.

Dominujący wśród dyskutujących naukowcy żywili sentymentalną nadzieję na możliwość odbudowy racjonalnej sfery publicznej, co stałoby się możliwe za sprawą lepszej powszechnej edukacji, lepszego przygotowania dziennikarzy i lepszego także przygotowania naukowców do popularyzowania naukowej wiedzy. Obawiam się, że skutki mylone są z przyczynami. Oczywiście, dobra edukacja powinna dobrze przygotowywać np. do zrozumienia teorii ewolucji – czy jednak fakt, że pojawił się w swoim czasie w rządzie minister edukacji jawnie głoszący i propagujący kreacjonizm jest wynikiem złego wykształcenia owego ministra? A jeśli tak, to jak w systemie demokratycznym zabronić mu propagowania antynaukowych tez? Odpowiedź niewiele ma wspólnego z nauką, bo dotyczy fundamentalnej kwestii relacji między państwem, rozumem, kształceniem i wychowaniem.

Po drodze zaś pojawiają się mniej fundamentalne, lecz równie ważne kwestie związane z samym statusem wiedzy naukowej i jej miejscem w debacie, a także w procesie podejmowania decyzji. Politycy i dziennikarze chcieliby prostych odpowiedzi na pytanie jak jest, na co uczciwy uczony może odpowiedzieć, że zgodnie z aktualnym stanem wiedzy wiemy, że… ale. Wiemy więc, z pewnością sięgającą 95 proc, że człowiek jest odpowiedzialny za globalne ocieplenie, konsekwencje tego faktu są jednak bardzo złożone, trudno więc oczekiwać jednoznacznych wskazówek, jak globalnemu ociepleniu przeciwdziałać. Prof. Andrzej Białas przytoczył anegdotę o amerykańskim prezydencie, który marzył o jednorękim doradcy naukowym. Bo dotychczas, zawsze kiedy pyta jakiegoś uczonego o radę, to ten odpowiada: on the one hand, there is…, but on the other hand….

Niestety, w Polsce aż roi się od jednorękich naukowców, którzy przed kamerami znajdują jednoznaczne odpowiedzi, zwłaszcza na problemy, które nie mają nic wspólnego  z ich naukowymi kompetencjami. I pewno dobrym krokiem w kierunku poprawy jakości debaty publicznej byłoby zwiększenie zdolności środowiska akademickiego do oczyszczania swoich szeregów z różnego typu szarlatanów. Niedawno Marcin Rotkiewicz opisywał w „Polityce” czasopismo naukowe (znajdujące się na ministerialnej liście uznanych periodyków) wydawane przez Uniwersytet Medyczny w Białymstoku, zajmujące się szerzeniem pseudonaukowych bredni.

Na zakończenie dnia z przyjemnością posłuchałem dyskusji o miastach uniwersyteckich, czyli wpływie uczelni wyższych na życie miast. Uniwersytety są dziś największymi pracodawcami w większości polskich metropolii, a studenci ważną częścią składową miejskiej społeczności (w Rzeszowie liczącym 184 tys. mieszkańców kształci się o. 60 tys. studentów). Okazuje się jednak, że relacje między miastami i ich uczelniami nie są oczywiste, uczelnie raczej przypominają heterotopie, wydzielone enklawy rządzące się odrębnymi prawami. Studenci z kolei najlepiej, jeśli swoją obecność w mieście ograniczą do konsumowania lokalnych usług, i to też w sposób taki, by nie prowadzić do studentyfikacji, czyli obniżki wartości nieruchomości poddanych studenckiej presji.

Intensywny kongresowy dzień nie był stratą czasu, jednocześnie jednak też nie było na Kongresie Kultury Akademickiej takiej atmosfery, jaka panowała podczas rewolucyjnego Kongresu Kultury Polskiej w 2009 r. (obrady zorganizowano w tym samym miejscu, w Audytorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego). Frekwencja była raczej skromna, nastroje mniej niż rewolucyjne, a konkluzje debat też nie raziły nowością (choć zastrzegam, że ta ocena może ulec zmianie, gdy poznamy podsumowanie wszystkich sesji).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Problem jest bardzi głęboki. Po części wynika ze sposobu kształcenia. Wymagania wiedzy. Wiedza jest tymczasowa, nietrwała. W naukach medycznych i niektórych biologicznych trwa 3-5 lat. Czyli w czasie, w którym często nie da się skończyć studiów.

    Natomiast nie uczy się umiejętności związanych z informacją. Ludzie nie rozumieją, że różne źródła prezentują informacje o różnej wiarygodności. Na Wikipedii co rusz ktoś wpisuje coś do artykułu medycznego, podpierając się jakąś bzdurą z internetu. Niekiedy jest oburzony: „profesor to pisał, a Ty twierdzisz, że nienaukowe!” Kiedyś ktoś twierdził, że książka jest recenzowana, bo w internecie ktoś napisał kilka zdań na stronie księgarnia i podpisał się nickiem. Media bez przerwy mylą argumentum ad auctoritatem z argumentum ad verecundiam.

    Niestety bez nauki myslenia się nie obędzie. Nie ma sensu uczyć w liceach linneuszowskiego systemu klasyfikacji organizmów, który i tak już pęka w szwach. Ale o odniesieniu do teorii popperowskiego kryterium falsyfikowalności już można by powiedzieć.

  2. @GospodarzL : ciągle możliwe jest spotkanie człowieka z człowiekiem, nauczyciela i studenta, którego wynikiem jest wzajemnie owocna wymiana. Tyle tylko, że takie spotkanie nie jest normą, lecz raczej ma charakter cudu.”

    Slucham jak bajki o przyslwoiowym „zelaznym wilku”

    Tu gdzie ucze I w innych miejscach gdzie uczylem, a konkretnie w USA, klasy sa nie wiecej niz 15 osobowe; na ogol mniejsze. Nie ma mowy o innej metodzie nauczania niz relacja mistrz-uczen. Jezeli tego nie bede realizowal, to po prostu wywala mnie z pracy, co jest operacja latwa I nei utrudniana niepotrzebna biurokracja. I nie dziwota: student placi 50 tysiecy dolarow rocznie, nie liczac kosztow utrzymania. Wiec wymaga. Moze to jest recepta na upadek polskiej edukacji wyzszej?

    Zas jak idzie o etyke zawodowa kadry profesorskiej w Polsce, to ta chyba upadla zupelnie. Kto jak kto, ale professor powinien wiedziec co WIE, ale rozniez (a moze pzrede wszystkim) powinien wieceic czego NIE WIE. I nei wypowiadac sie na tematy w ktorych jest niekompetentny wspierajac sie swym profesorskim tytulem z zupelnie innej dziedziny. Niestety, dyskusja wokol wypadku smolenskiego pokazuje ze professor specjalista od na przykald melioracji uwaza sie za rownie kompetentnego w sprawach radarow jak na przykald profesor od radarow. A nawet bardziej kompetntny.

    Poza tym, zbyt czesto „naukowcy” sa z kategorii w rodzaju „Wicie, rozumicie… To znakomity uczony. Co prawda niczego nie odkryl, ale gdzie to on nie zasiadal!”

  3. „Frekwencja była raczej skromna, nastroje mniej niż rewolucyjne, a konkluzje debat też nie raziły nowością (choć zastrzegam, że ta ocena może ulec zmianie, gdy poznamy podsumowanie wszystkich sesji).”

    Stwierdzenie powyzsze nalezy uzupenic faktami. Taki KKA jaka polityka organizatorow. Dobitnie ocenil to student socjologii UJ w otwartej dyskusji w czasie sesji prof. Wolenskiego – zadecydowal o tym przede wszystkim dobor panelistow. Przykladowo w sesji dotyczacej plagiatow jedyna osoba w kraju czynnie i systematycznie poruszajaca ten problem – Marek Wronski – nie byl panelista, tylko…. sluchaczem.

    Frekwencja. Nalezy dodac, ze organizatorzy UZALEZNILI wstep na sale obrad – nawet na jedno seminarium – od dokonania rejestracji. Rejestracja ta dla studentow i doktorantow byla bezplatna, pozostali musieli uiscic oplate w wysokosci 200 zl – bez wzgledu na ilosc sesji, w ktorych chcieli czy mogli ( w zwiazku z obowiazkami zawodowymi) uczestniczyc. Osobiscie telefonowalam do sekcji UJ organizujacej kongresy a nastepnie do rejestracji uczestnikow czy skoro sie zarejestrowalam, ale ostatecznie nie uiscilam oplaty z powodu niemozliwosci uczestniczenia w calym kongresie, to czy moge przyjsc na jedno (do dwoch) seminarium poswiecone interesujacej mnie tematyce i otrzymalam odpowiedz NEGATYWNA. Bylo to juz w trakcie trwania kongresu, juz po wystapieniu Pani Minister, ktora przemawiala do publicznosci, ktora NAWET W POLOWIE nie wypelnila duzej auli Collegium Maximum!!!!

    I jeszcze pozwole sobie dodac, ze 200 zl wylozone z wlasnej kieszeni nie bylo by moze problemem. Moja decyzja o niedokonaniu wplaty zapadla po rozmowie z PRACOWNIKIM UJ (samodzielnym dla pelnej jasnosci) na dzien przed rozpoczeciem kongresu. Na moje pytanie czy bedzie bral udzial w kongresie w odpowiedzi padlo pytanei: JAKIM KONGRESIE? No comments

    Natomiast musze pochwalic wladze UJ za transmisje na zywo z obrad z duzej auli – pozostaje miec nadzieje, ze transmisje te wraz z zapisem z popoludniowych dyskusji zostana w calosci udostepnione spolecznosci akademickiej w Polsce.

    I na koniec prywatna opinia. Prawie w 100% utozsamiam sie z trzema wypowiedziami dyskutantow panelu prof. Wolenskiego:
    1. studentem socjologii
    2. goracym zwoilennikiem KRK ( z PW?)
    3. glosem wskazujacym na to, ze obecne zbiurokratyzowanie regulacji prawncyh jest wynikiem/koniecznoscia wynikajaca z etyki srodowiska ( a raczej jej brakiem)

  4. Trafne podsumowanie w komentarzu m.a. nt polityki organizatorów. Jestem pracownikiem naukowym UJ. O KKA dowiedziałam się dwa dni przed jego rozpoczęciem, z artykułu w portalu Onet.pl (sic!).
    Próbowałam się zarejestrować. Tu zaskoczyła mnie opłata – dla mojej asystenckiej kieszeni te 200 zł nie jest bez znaczenia. Można się spodziewać, że organizując kongres na tak istotne tematy, skierowany do całego środowiska naukowego i to w roku jubileuszowym, uniwersytet zrezygnuje z pobierania opłat, by zapewnić jak największą frekwencję. Jeśli obawiano się, że bez ograniczeń finansowych liczba chętnych na uczestnictwo w sesjach przekroczy liczbę miejsc, to można było to na pewno rozwiązać inaczej. Nie czepiam się jednak bardzo tej opłaty. Chciałam ją wnieść i po prostu wziąć udział w kongresie. Oczywiście okazało się, że na dwa dni przed jego rozpoczęciem, rejestracja nie jest już możliwa. Tego też się jednak specjalnie nie czepiam – normalne.
    Czepiam się jak widać, i to bardzo (bardzo!), braku informacji o kongresie. Wybrałabym się na niego ja, moje Koleżanki i Koledzy i na pewno część moich studentów.

  5. Ja bym się tutaj stanowczo nie zgodził z taki podejściem. Pisząc >takim< mam na myśli wypowiedź gospodarza, która zapewne odzwierciedla myślenie naszej elity intelektualnej/akademickiej.

    -Relacje Mistrz-Uczeń w Polsce osiągają swoją szczyty. Problem w tym, że są równie szczytem groteski, są melancholijnym westchnieniem za tym co było i przeminęło. Katuje się uczniów taką formą jakby to ona sama w osobie miała rozwiązywać problemy. Tymczasem aby być mistrzem i autorytetem trzeba coś pokazać. Nasza "elitka" pokazuje sukcesywnie i bardzo konsekwentnie, że z tego "materiału" (student) żadnej rzeźby nie będzie i to wina złego "materiału". Nie potrafią rozwiązać problemów ale chcą aby traktowano ich jak autorytet, za sam fakt wylewania od dobrych 20 lat żalu na temat złej plastyczności "materiału" i środowiska w jakim "muszą" rzeźbić. Mogę życzyć powodzenia, prawdopodobnie wnuki moich wnuków będą nadal słuchać konferencji na temat problemów kultury akademickiej, na których to nadal będą się zastanawiać dlaczego ilość przekłada się na spadek jakości i jakie prawa natury za tym stoją. Wybitnie "mądre".

    – Debaty publiczne na zachodzie wyglądają właśnie tak, że kreacjoniści i przeciwnicy mitów o globalnym ociepleniu mają swój głos i jest to istotny głos. Ten głos nie wyszedł z Polski, jest tak silny i istotny, że do nas dociera.
    Teoria Ewolucji w połowie jest zwykłym mitem. Karol Darwin tylko wierzył w to co napisał i od 200lat próbuje się znaleźć dowody na to, że owa wiara jest prawdziwa (tak jak się wierzy w życie na Marsie i się wydaje ogromne pieniądze na to aby wiara była kiedyś faktem). Częściowo wszystko jest logiczne, pozwala na kontynuacje badań i ok, ale nie jest to całościowe wyjaśnienie życia, zwłaszcza, że pojęcie doboru naturalnego w wielu przypadkach ma prawdopodobieństwo na poziomie 0%. Dlatego też wolna i swobodna kultura na zachodzie, głownie w USA, pozwala kreacjonistom zadawać trudne pytania (nawet jeśli ignorowane), dzięki czemu nie wyznajemy jak w Średniowieczu dogmatu wiary w teorię ewolucji, a tylko ją weryfikujemy sprawdzając czy wszystko gra.
    Podobna sprawa z globalnym ociepleniem, to na zachodzie w wolniejszej kulturze jest najwięcej przeciwników tego mitu. Ocieplanie się klimatu jest faktem ale przyczyny i konsekwencje takich zjawisk są tylko pewnym przypuszczeniem (pamiętam jak 2 lata temu czytałem w American Scientist o alternatywnych teoriach mówiących o tym, że na klimat ma głownie wpływ promieniowanie kosmiczne a nie człowiek. Czytałem też, że globalne ocieplenie powstrzymuje kolejną epokę zlodowacenia, również w magazynie naukowym). Dzięki głosom sprzeciwu nie płacimy jeszcze wysokich haraczów mających niby powstrzymywać to zjawisko – co jest kompletną groteską, bo nikt nie potrafi pokazać, jak podatek nałożony na garstkę firm w jednym miejscu globu ma powstrzymać wzrost temperatur.

    -Udział poważnych głosów naukowców w debatach publicznych? To nie jest problem, problem jest brak takich debat albo ich odpolitycznienie. W kilku szybkich zdaniach nie da się wyjaśnić skomplikowanych procesów, bynajmniej nie pozwala to na sensowne zrozumienie takiego procesu, a w naszym kraju zdania się wymawia z kalkulacji ideologicznej i politycznej a nie z chęci nawiązania komunikacji. Co więcej, naukowcy zmyślają i kłamią i to nie mniej niż kto inny. W ostatnim Economist był artykuł o powstaniu specjalnej organizacji monitorującej publikacje naukowe, bo skala zmyślnek jest przerażająca. Ja osobiście przeglądam czasami prasę naukową. Informacje są często sprzeczne, gdyż naukowcy się ze sobą nie zgadzają – kogo więc wybrać do debaty? Dodatkowo, zastanawiam się po co uczono mnie na studiach filozofii ontologii i epistemologi, skoro ogromna ilość fizyków, zachowuje się tak jakby te problemy nie istniały – walą mity za mitami wymyślając sobie rzeczy godne scholastyków, piszą książki, publikują. Ktoś nagle sobie wymyślił, że przestrzeń jest planszą po której poruszają się punkty i teraz piszą książki za książką o początkach wszechświata i o tym, że wcale nie potrzebny był Bóg, bo z nicości wybucha wszystko samo przez przypadek – gdyby to był XIX wiek, w którym to kocha się każda "elita" to "kuń by się uśmiał".

    Nie przejmowałbym się tym, że w Polsce mamy "wielogłosy" i są często irracjonalne. W USA to zjawisko każdemu wychodzi na dobre, bo na tym polega debatowanie. Polskim problemem jest upolitycznienie wszystkiego, jedyne słuszne racje całościowe spierają się z innymi jedynymi słusznymi racjami całościowymi, a elita akademicka ma problem tylko i wyłącznie z sobą i własnym resentymentem.

    Nie twórzmy kolejnej religii, ateistyczne ideologii wszystkowiedzy człowieka-boga, bo współcześnie głosy irracjonalne to jedyna nadzieja na to, że nauka pozostanie samym poznawaniem i nie stanie się wyznaniem wiary.

css.php