Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Naukonauci - Blog dziennikarzy naukowych POLITYKI Naukonauci - Blog dziennikarzy naukowych POLITYKI Naukonauci - Blog dziennikarzy naukowych POLITYKI

27.07.2014
niedziela

Kabum

27 lipca 2014, niedziela,
Trinity Site, czyli jaśniej niż tysiąc słońc

Trinity Site, czyli jaśniej niż tysiąc słońc

Koledzy naukonauci obstawiają poważne tematy, i bardzo słusznie, bo tradycja oświecenia ma u nas charakter raczej wyspowy, i trzeba poszerzać terytoria. Ale tematy błahe też trzeba uprawiać, i o nich dzisiaj. Podczas gromadzenia materiałów do supertajnych projektów wspólnie realizowanych przez Centre for Quantum Technologies w Singapurze i macierzystą POLITYKĘ, rzuciło mną (i parą sympatycznych współpracowników) w miejsca znane z literatury fachowej, ale sporadycznie odwiedzane.

Podobne wyprawy dowodzą, że nadmiar czytania może nie szkodzi, ale też i niekoniecznie pomaga. Bo żeby poczuć, jak się naukę uprawia, a zwłaszcza uprawiało niegdyś, trzeba się własnoręcznie umordować, odwodnić, stanąć na skraju wyczerpania. O – i wtedy wielka nauka przemawia wielkimi literami. Na przykład jakoś tak – Moc, Atmosfera, Mozół. Parę obrazków niżej.

Zapytajcie mieszkańców Socorro, niewielkiego miasta na środku pustyni Nowego Meksyku, o projekt Manhattan. Jaki projekt? Że bomba? Atomowa. Tu ją testowali, pół godziny jazdy na południe? Ach, na White Sands. Nie? Trinity Site – a to w takim razie nie słyszałem, nie słyszałam… Tyle o świadomości historycznej.

Okolice Los Alamos. Pięknie i wybuchowo. Oppenheimer i Fermi spacerowali tą ścieżką.

Okolice Los Alamos. Pięknie i wybuchowo. Oppenheimer i Fermi spacerowali tą ścieżką.

Trinity Site po wybuchu pierwszej, testowej jeszcze bomby atomowej (lipiec 1945) pokrył się zielonym szkliwem, który potem odwiedzający i uczestnicy projektu roznieśli po świecie, jakby nie do końca świadomi jego radioaktywności… Ale zielonego nalotu na piasku pustyni nie zobaczycie. Nie zobaczycie też i samego punktu Zero, bo armia amerykańska otwiera go tylko raz, dwa razy do roku, przez resztę strzelając po okolicy czym popadnie.

Oficjalny powód utrudnionego dostępu – uparte ślady promieniotwórczości. Ale już z pewnego oddalenia na Trinity Site popatrzeć można, jeśli akurat patrolu nie ma w pobliżu, kilkanaście kilometrów lotem ptaka. Gdybyście te blisko 70 lat temu stali na szosie numer 380, tam, gdzie teraz nitka asfaltu odbija na wschód, w kierunku poligonu, wyparowalibyście w oka mgnieniu. Nawet cienia nie byłoby rzucić na co, bo wokół pustki. I co jest – Atmosfera. O świcie, o zmroku. Nawet w południe. Tu się ujawniła Moc, i jej ślady są jeszcze w powietrzu. Pewnie, że są. I te 40 stopni w cieniu dają do myślenia. Mozół.

I skok 200 mil na północ – do Los Alamos, intelektualnego centrum projektu Manhattan (bomba, bomba atomowa). Jego uczestnicy nie mogli się nadziwić, że mieszkańcy Santa Fe, oddalonego od Los Alamos o godzinę jazdy (dziś, kiedyś znacznie więcej), nie domyślali się, co też wyczyniają na tej wyniesionej setki metrów ponad powierzchnię pustyni mesie. Uczeni raz po raz wysadzali w powietrze próbne ładunki, testując tysiące prototypów detonatorów, które w jednej chwili miały kompresować materiał rozszczepialny, inicjując proces nuklearny. Pewien lokalny dziennikarz podjął wprawdzie śmiałą próbę dedukcji i orzekł, że w Los Alamos trwają próby nowych wynalazków do łodzi podwodnych, ponoć wycieraczek… Taka tam legenda…

Z dawnego Los Alamos pozostało niewiele, odrestaurowana Fuller Lodge, miejsce zgromadzeń elity uczonych, pierwsze audytorium młodego Richarda Feynmana, parę starych chat, reszta przeszła w ręce prywatne, została odrestaurowana, a samo Los Alamos National Laboratory, kontynuujące pracę projektu, przeniosło się nieco dalej. Ale wybuchy wciąż słychać. Wsiądźcie do samochodu, objedźcie obłędnie wręcz piękną i ponoć równie skażoną wszelkim pomilitarnym paskudztwem okolicę, a usłyszycie to, co okoliczni mieszkańcy wtedy, kiedy ważyły się losy świata. Kaboom, albo może raczej kabum… Odległe eksplozje. Atmosfera jest. Ale wieczorem do Los Alamos nie wracajcie, bo po ósmej wieczorem zamykają El Parasol, czyli najlepszą lokalną meksykańską knajpę – ba, zamykają niemal wszystko, i najweselszą parą w mieście okazują się panowie na zdjęciu niżej (Robert Oppenheimer i Leslie Groves, szefowie projektu przez wielkie M).

Robert Oppenheimer i (odchudzony o dobre 40 kilo) Leslie Groves, po zmroku najweselsza para w mieście.

Robert Oppenheimer i (odchudzony o dobre 40 kilo) Leslie Groves, po zmroku najweselsza para w mieście.

Niedługo o paru innych miejscach naznaczonych przez naukę, o tym, że jeśli już uprawiać turystykę, to celową, na przykład naukową, oraz o tym, jak można by było zarabiać na nauce, ale się nie zarabia.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Wow!

  2. Co Pan chcial powiedziec? Bo nijakiej tresci nie udalo mi sie wycisnac

  3. Treść, treść… ach ta dyktatura treści…

  4. Fakt. Zostala Panu tylko forma

  5. Doceniam wysiłek włożony w sformułowanie treści komentarza.

css.php